niedziela, 16 marca 2014

Nad mapą

To zdjęcie jest zrobione całkowicie spontanicznie, nikt tu nikogo nie zmuszał ani do wyciągania mapy, ani do pochylania się nad tą mapą. Oni po prostu tak lubią. Stanąć sobie przy mapie, która wisi na ścianie albo leży na podłodze i tak się na nią zapatrzeć, zamyślić się nad nią, poszukać kraju gdzie żyje jakieś egzotyczne zwierzę typu palczak madagaskarski, zobaczyć jak mamy do niego daleko. Lubią też wziąć sobie metr i sprawdzić na nim jakie to zwierzę jest długie. Lubią też wiedzieć jakie jest ciężkie i jeśli nie jest zbyt ciężkie, wtedy biorą odważniki z naszej klasowej wagi, żeby poczuć w dłoni masę tego zwierzątka.
Goryl, gepard, delfin, antylopa gnu, kuskus plamisty, walabia bagienna, badylarka, wyrak, lemurek myszaty... Naprawdę istnieją. Pracowicie wyszukane przez młodych naukowców w spisach treści i indeksach, przekalkowane lub przerysowane, pokolorowane, zmierzone, zważone i opisane. Zaczynają też istnieć dla mnie i dla pani M. i działać na naszą wyobraźnię, zachęcać do poszukiwań. Chociaż wcześniej po prostu ich dla nas nie było...

sobota, 8 marca 2014

żółte strony

Historia zaczyna się od tego, że zaangażowałam się w projekt Akademia Przyszłości, który powstał przy stowarzyszeniu Wiosna (to ci od Szlachetnej Paczki). Projekt w skrócie polega na tym, że wolontariusze (najczęściej studenci), którzy zgłoszą się do programu pomagają w nauce dzieciom ze szkół biorących udział w projekcie. Praca odbywa się w trybie jeden na jeden i wiele tam jest jeszcze różnych organizacyjnych zawiłości, ale ogólnie rzecz biorąc wszystko działa dobrze i jest świetnie wymyślone. Nie będę o tym w szczegółach, bo można sobie to znaleźć na stronie stowarzyszenia. Grunt w tym, że ja, jako niewyżyta nauczycielka, postanowiłam jeszcze trochę pouczyć w czasie wolnym. Trafił mi się (przydzielono mi...) chłopca ze szkoły w Nowej Hucie, naprawdę na końcu świata. Nigdy tam nawet wcześniej nie byłam, a więc dalej przygodo! I tak to już od paru miesięcy jeżdżę w te dalekie strony i mam zajęcia z czwartoklasistą K. Ale nie o nim tu będzie, bo generalnie rzecz biorąc, jak przyjdzie na zajęcia, to dobrze się nam współpracuje. Ma mocny charakter, jest ciekawy przeróżnych spraw, zazwyczaj chętny do pracy i potrafi też być wytrwały. Przy jego naprawdę trudnej sytuacji rodzinnej uważam to wszystko za wielki sukces.
Ale chciałabym napisać o tym jak ja coraz mniej rozumiem to co się dzieje w tradycyjnych szkołach i jak coraz bardziej rozumiem dzieci, które mają poważne problemy w nauce. Te myśli przyszły do mnie ostatnio, kiedy okazało się, że K. jest zagrożony z historii, ale nic mi się do tego nie przyznawał, bo wolał robić te rzeczy, które ja mu przyniosłam do pracy i chyba w ogóle nie bardzo dopuszczał do swojej świadomości jakikolwiek problem dotyczący tej historii. Wielokrotnie prosiłam go, żeby przyniósł podręcznik i ćwiczenia, żebym mogła zobaczyć czego się uczy i mu pomóc. Wreszcie, ostatnio - po tym jak zapisałam mu to na kartce – przyniósł. Przejrzałam podręcznik, przejrzałam ćwiczenia (fakt, że miałam na to niewiele czasu...) i zobaczyłam tam wszystko i nic. Żadnej całości, przeskakiwanie od szczegółów do ogółów – tak jakby mieli się nauczyć wszystkiego naraz, ale tylko po trochu. Trzeba zaznaczyć, że K. nie był mi w stanie powiedzieć na jakim etapie są w tym zacnym podręczniku. Tego samego dnia udało mi się też porozmawiać z panem od historii, który uczy K. Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że mi się udało... Powiedział, że K. w ogóle NIC nie robi na historii, że we wtorek mają sprawdzian i że właściwie to on mu może odpuścić zeszyt, ale ważne, żeby miał uzupełnione ćwiczenia. Żółte strony w ćwiczeniach. Jeśli będzie miał uzupełnione te żółte strony to wtedy nie będzie miał zagrożenia.
Czyli w tej całej szkole, w tym wstawaniu o świcie przez dwanaście lat i spędzaniu tam ogromnej ilości cennych godzin swojego młodzieńczego czasu, chodzi tak naprawdę o te żółte strony w ćwiczeniach. Jak już je tam wypełnimy, to potem będziemy wstawać o świcie przez kolejne pięćdziesiąt lat i dalej będziemy wypełniać żółte strony, tylko w innym budynku.

piątek, 28 lutego 2014

lekcje ciszy

Trochę osłabła moja motywacja po niewygraniu w konkursie Blog roku 2013. I stąd ten przestój. Ale wracam. Wracam z ciszą, o której już kiedyś pisałam, ale o ciszy to można dużo. A szczególnie o ciszy w szkole...
Codziennie koło godziny 11.00 mamy długą przerwę, w czasie której dzieciaki wychodzą na podwórko, gdzie się trochę taplają w kałuży, grają w piłkę, tworzą klany, bazy i tym podobne, skaczą na skakance, grają w szczura, biegają i krzyczą – no robią różne rzeczy, które na podwórku można, a nawet powinno się robić. Przed wyjściem na pole spotykamy się w klasach w kręgu i rozmawiamy sobie o różnych sprawach – o tym co kto zdziałał danego dnia, o ważnych wydarzeniach najbliższych dni, albo o innych nurtujących nas sprawach. I potem do szatni te nasze dzieciaki mogą wyjść w nieładzie jako rozkrzyczana gromadka, popędzić przez korytarz i wybiec na zewnątrz z dzikim okrzykiem, gdy to tylko będzie możliwe. I czasem właśnie tak się dzieje. A my – miłujące ciszę i ład – nauczycielki pokornie to przyjmujemy. Ale czasem zdarza się tak, że przed wyjściem na spacer robimy dzieciom tak zwaną lekcję ciszy. Taka lekcja może mieć różną formę. O takich lekcjach pisała Maria Montessori. Ich pomysł powstał pod wpływem pewnego wydarzenia: kiedyś do jej przedszkola przyszła jakaś pani z niemowlęciem. Montessori wzięła dziecko na ręce i weszła z nim do sali pełnej dzieci. Niemowlę spało. Usiadła z nim na krześle. Dzieci, kiedy zobaczyły co się dzieje, zaczęły podchodzić do niej i siadać wokoło w ciszy. Po chwili cisza była absolutna, a niektóre dzieci próbowały nawet kontrolować swój oddech, żeby dostosować go do oddechu niemowlęcia.
Cisza jest nam potrzebna i jest potrzebna też dzieciom. Ciszy można nauczyć. Warunkiem lekcji ciszy jest to, by dzieci uczestniczyły w niej dobrowolnie.
Ulubioną formą lekcji ciszy w mojej klasie jest przekazywanie sobie w kręgu płóciennego woreczka, w którym jest jakiś niewiadomy przedmiot. Dzieci dotykają go, mogą wąchać, postukać – robimy to w zupełnej ciszy. Na końcu mogą powiedzieć o swoich hipotezach – co jest w środku. Potem wyjmujemy przedmiot. Dzieciaki same przynoszą różne śmieszne przedmiociki. Po tygodniu geologicznym mieliśmy serię przeróżnych skał, minerałów i nawet amonita.
Ale można też zadzwonić dzwonkiem i poczekać na całkowite wybrzmienie dźwięku, można przekazywać zapaloną świecę, tak by nie zgasła, można – wreszcie – wysyłać dzieci pojedynczo do szatni pokazując pierwsze litery ich imion. A N. z naszej klasy, wywoływała dziś koleżanki i kolegów do szatni pokazując ich imiona alfabetem migowym (który pilnie trenowała w ostatnich dniach). W tym wypadku nie usiedzieliśmy w ciszy, bo wymagało to tłumaczenia...

poniedziałek, 17 lutego 2014

Gwiazdeczka

Wiele jest gwiazd na naszym szkolnym niebie, ale ta chyba świeci najjaśniej. To jest osoba, a właściwie osóbka, o której powinnam była napisać już dawno temu. Właściwie to na samym początku, bo ona jest w naszej szkole od początku. Szczupła i drobniutka, z równo przyciętą grzyweczką odsłaniającą ciemno zarysowane brwi i lekko skośne oczy, za okularami w kolorowych oprawkach. Uśmiechnięta, serdeczna, otwarta i odważna, a przede wszystkim osobowość sceniczna. To nasza M. - dziewczynka z zespołem downa, która teraz jest w szóstej klasie. Kiedy pojawia się ktoś nowy, przychodzi jakiś gość – ona zawsze jest przy nim pierwsza – podaje mu rękę: „Cześć, jak masz na imię?”. Kiedy coś wspólnie śpiewamy M. udaje, że gra na skrzypcach i robi to tak, że wszyscy słyszymy te skrzypce. Kiedy naprawdę występuje – gra kolędę na pianinie albo bierze udział w klasowym przedstawieniu – wchodzi na scenę pewnie, a potem z godnością, nisko się kłania i odbiera oklaski jak profesjonalistka, bo z pewnością się jej należą. Często zdarza jej się powiedzieć coś takiego, że rozkłada każdego z nas na łopatki. Trafia w sedno.
To moja ulubiona historia:
To było w pierwszym roku działania naszej szkoły. Urządzaliśmy wspólne kolędowanie, na które byli zaproszeni wszyscy rodzice. Ludzie schodzili się powoli, było trochę zamieszania i rozgardiaszu. M. stała akurat w pobliżu drzwi, kiedy weszła jedna z mam: ubrana w eleganckie futro i kozaki na wysokim obcasie. M. popatrzyła na nią z uznaniem i powiedziała: „Witaj tygrysico!”.
Ileż uśmiechów na zmęczonych nauczycielskich twarzach może wywołać taka mała Gwiazdeczka i ile może dać dobrej energii całej szkole i ile może nauczyć swoich kolegów i koleżanki. Trudno aż to sobie wyobrazić, bo ona zawsze potrafi zaskoczyć...

czwartek, 6 lutego 2014

trójka - dostatecznie, żeby walczyć dalej

Bardzo, bardzo serdecznie dziękuję każdemu kto zagłosował i tym co zachęcali do głosowania. Przeszłam do kolejnego etapu na trzeciej pozycji, co mnie aż onieśmieliło. Teraz decydują jurorzy, czy tam jeden juror, więc już nie musicie głosować ani zmuszać znajomych do głosowania. Śpijcie spokojnie. I tak jest już wspaniale!

piątka czyli bardzo dobrze

W tym momencie jestem na piątej (!) pozycji, co jest naprawdę świetnym wynikiem i chcę już teraz podziękować każdemu kto wysłał sms-a. Do 12.00 można jeszcze glosować, kto tego nie zrobił. Wiele może się zmienić w ostatniej chwili, więc wciąż zachęcam:
sms o treści B00131 na numer 7122.

środa, 5 lutego 2014

głosowanie - ostatnia doba

Mój blog jest na dwudziestej pozycji na ponad dwieście w tej kategorii, więc uważam, że jest nieźle i dziękuję za każdy głos! Jednakże potrzebuję jeszcze przeskoczyć 10 pozycji w górę, żeby przejść do kolejnego etapu konkursu... Chęć wygranej jest zawsze chęcią wygranej i nie ukrywam, że sprawiłoby mi wielką radość - być w tej pierwszej dziesiątce. Ale w tym co teraz próbuje robić jest coś o wiele ważniejszego. Edukacja, która jest bardzo ważnym tematem, bo dotyczy naprawdę wszystkich, jest marginalizowana. Jeżeli jest o niej mowa w mediach, jeśli wypowiadają się na jej temat politycy, to nie dotykają sedna sprawy, a ci którzy są najważniejsi - dzieci, rodzice, nauczyciele - mają niewiele do gadania, bo nie mają jak się przebić.
I z jednej strony to jest bardzo kameralny blog, na którym opowiadam o małych wydarzeniach budujących szkolną codzienność. Ale z drugiej strony te wydarzenia pokazują co jest potrzebne dzieciakom, by mogły "chłonąć" wiedzę i cieszyć się tym, będąc w bezpiecznym środowisku. By mogły wyrosnąć na ludzi, którzy wezmą odpowiedzialność za swoje życie i za otaczający ich świat.

Tak więc jeszcze raz proszę każdego kto tu wejdzie przed godziną 12.00 6 lutego, aby wysłał SMS o treści B00131 na numer 7122 (koszt SMS-a wynosi 1,23 zł).