piątek, 23 lipca 2021

Jak rodziłam w Holandii cz.II - Kraamzorg

 Przed kolejną wizytą u położnej miałam zrobić badanie USG i badania krwi w szpitalu. Musiałam zarejestrować się jako pacjent szpitala (wyrobić kartę pacjenta), ale można zrobić to na poczekaniu w dwie minuty. Potem wszystko przebiegło sprawnie i kulturalnie. Wyniki są wysyłane od razu do położnej, tak, żeby mogła się z nimi zapoznać przed moją kolejną wizytą.

Nie będę opisywać każdej wizyty u położnej, bo przebiegają one zawsze według tego samego schematu: mierzenie ciśnienia i ważenie przez asystentkę, rozmowa z położną, podsumowanie badań (jeśli były robione) i badanie, które polega na dotykowym badaniu brzucha, mierzeniu go i, od momentu jak jest to już możliwe, słuchaniu bicia serca dziecka. Na koniec zawsze pozostaje czas na pytania (jeśli takowe mam). Jeśli w planie są jakieś badania, to dostaję na nie skierowanie. Na drugiej wizycie zostałam zapytana, czy mam już wybraną kraamzorg... Zrobiłam głupią minę i powiedziałam, że nie, bo nie mam pojęcia co to jest. I co się okazuje... Jest to opieka poporodowa w domu. Do 16 tygodnia ciąży muszę wybrać sobie z usług, której "firmy" chcę korzystać i podpisać z nimi umowę. Ale o co w ogóle w tym chodzi? Jest to cały system opieki poporodowej dostosowany do realiów holenderskiej służby zdrowia. W Holandii rzeczywiście około 25% porodów odbywa się w domu. Natomiast nawet jeśli poród ma miejsce w szpitalu, był to poród naturalny bez komplikacji i wszystko wskazuje na to, że matka i dziecko mają się dobrze, to do domu wraca się od razu po porodzie. Od razu oznacza od razu - nie na następny dzień. Oczywiście kobieta może wziąć prysznic, a jeżeli poród odbył się w nocy, to ewentualnie doczekać w szpitalu do rana (ale to niekoniecznie), mąż pakuje manatki i jadą do siebie. I tu właśnie wkracza opieka poporodowa. Podpisuje się umowę na 49 godzin pracy specjalnie wyszkolonej pielęgniarki/opiekunki poporodowej (znaczna część kosztów jest pokryta z ubezpieczenia). To oznacza, że będzie ona u nas w domu przez cały tydzień po porodzie przez 7 godzin dziennie. Jest to osoba, która ma za zadanie nauczyć (szczególnie tych początkujących) rodziców wszelkich czynności pielęgnacyjnych przy noworodku, sprawdza stan noworodka (temperatura, ważenie, karminie itp.) oraz matki (ciśnienie, temperatura, szwy jeśli są), pomaga przy początkach karmienia piersią i ma za zadanie informować położną jeśli coś jest nie tak. Ale to przecież jeszcze nie robi siedmiu godzin dziennie... I tu jest najlepsze. Ta osoba może wyprać, ugotować, umyć łazienkę, zmienić pościel, pobawić się za starszymi dziećmi oraz polulać noworodka, żeby mama mogła się wyspać. Niezłe, prawda? Przy drugim porodzie trafiłam na dziewczynę która okazała się być doradcą chustowym, więc zrobiła nam mini szkolenie. Żeby taka osoba mogła w sposób akuratny zachowywać się w naszym domu, w siódmym miesiącu ciąży przychodzi z wizytą ktoś z administracji danej "firmy" (nie wiem jak to inaczej nazwać) i przeprowadza z nami szczegółową ankietę dotyczącą naszych domowych zwyczajów (czy ściąga się buty, jak jest z przyjmowaniem gości itp.). Za pierwszym razem wszystko to wydawało mi się egzotyczne i bałam się, że za bardzo wkracza w przestrzeń mojej prywatności. Ale kiedy zobaczyłam jak to świetnie działa, to przekonałam się całkowicie do tego pomysłu. Konkretną firmę świadczącą usługi opieki poporodowej łatwo znaleźć w internecie. Ja za pierwszym razem wybrałam taką, której strona internetowa była dostępna po angielsku. Trafiłam bardzo dobrze, więc kolejnym razem również zdecydowałam się na nich.

środa, 21 lipca 2021

Jak rodziłam w Holandii cz. I

 To że powinnam o tym napisać chodzi mi już po głowie od dawien dawna, a tak właściwie od trzech lat, bo wtedy właśnie po raz pierwszy rodziłam w Holandii i w ogóle po raz pierwszy rodziłam. Nie rodziłam więc nigdzie indziej, tylko tutaj, ale za to  dwa razy. Nie mam doświadczenia porodu w innym kraju, ale znam trochę opowieści - przede wszystkim tych dotyczących porodów w Polsce. Nie chcę porównywać, zastanawiać się gdzie jest lepiej i jak jest najlepiej, chcę napisać o moim prywatnym doświadczeniu i związanymi z nim przemyśleniami, bo to, że system jest inny niż w Polsce i niż właściwie w każdym innym kraju europejskim (z tego co się orientuję) to nie ulega wątpliwości i jest po prostu ciekawe.

Zaczynamy:

Jest październik 2017 roku - od miesiąca mieszkam w Holandii z moim mężem, który tu pracuje. Właściwie mało kogo znam oraz nie znam języka, ale zaczęłam się go uczyć. Natomiast wszyscy Holendrzy mówią pięknie i swobodnie po angielsku, na pewno bardziej swobodnie niż ja. Powoli zaczynam ogarniać najbliższą okolicę naszego miejsca zamieszkania, orientuję się, że naprawdę najłatwiej i najszybciej jest dojeżdżać wszędzie na rowerze,  wiem gdzie robić zakupy i zapisuję nas do lekarza rodzinnego - takiego po prostu w pobliżu, w żadnej tam międzynarodowej przychodni dla ekspatów. Okazuje się, że jestem w ciąży, co mnie nadmiernie nie dziwi, ale stawia mnie też przed zadaniem zorientowania się jak wygląda opieka zdrowotna dla kobiet ciężarnych w Holandii i jak się tutaj rodzi. Trochę słyszałam o tym, że są tu popularne porody domowe, ale właściwie nic poza tym nie wiem. Udaję się do lekarza rodzinnego i pytam co robić w takim przypadku, a właściwie to pytam się czy może mi dać skierowanie do jakiegoś lekarza ginekologa. Pani doktor patrzy na mnie z lekkim zdziwieniem i pyta się, czy mam jakieś konkretne problemy na tym etapie ciąży (bardzo wczesnym), że potrzebuję skierowanie do ginekologa. A ja no, że nie, ale jestem w ciąży, no to chyba przydałby się ginekolog. Pani doktor na to, że wcale nie, bo ciążą przebiegającą bez komplikacji zajmuje się od A do Z położna. Dostaję numer do najbliższego stowarzyszenia (tak to chyba trzeba nazwać) położnych, gdzie mam się umówić na wizytę, żeby się dowiedzieć jak to dalej wygląda. Decyduję się na położne pracujące przy najbliższym szpitalu. Da się tam dojechać w 15 minut na rowerze. Przez telefon najpierw odbieram gratulacje, a potem dowiaduję się, że na pierwszą wizytę mam przyjść w ósmym tygodniu ciąży. Stawiam się w umówionym terminie. Gabinety znajdują się w budynku niedaleko szpitala. Prosta poczekalnia, w której jest trochę zabawek dla małych dzieci i trochę gazet dla ciężarnych kobiet, a na ścianie wiszą kartki ze zdjęciami noworodków i podziękowaniami od ich rodziców. W gabinecie za szybą mieści się biuro pani sekretarki/asystentki. Oprócz tego są dwa gabinety, w których przyjmują położne. Zawsze zaczyna się od asystentki. Na pierwszym spotkaniu dostaję od niej do wypełnienia szczegółowy arkusz dotyczący stanu zdrowia mojego i ojca dziecka. Na każdym następnym to ona mierzy mi ciśnienie i mnie waży oraz umawia kolejną wizytę. Wszystko odbywa się punktualnie, z dokładnością co do minuty. Przychodzi po mnie położna i wita się przez podanie ręki, przedstawia się. Wchodzimy do gabinetu - totalna prostota - biurko, na którym stoi komputer, a po drugiej stronie pokoju leżanka. Na ścianach plakaty ze zdjęciami rozwoju dziecka w życiu płodowym. Nie pamiętam dokładnie pierwszej wizyty, wydaje mi się, że nie odbyło się żadne badanie. Położna wytłumaczyła mi jak będzie prowadzona ciąża, w przypadku gdy nie będzie żadnych komplikacji. Dostałam skierowanie na badanie USG do szpitala i badanie krwi. Położna przejrzała ankietę, którą wypełniłam. Dowiedziałam się, że badania USG będę miała trzy przez okres całej ciąży, o ile nie okaże się, że trzeba robić dodatkowe. Zostałam poinformowana o możliwości zrobienia badań genetycznych z krwi (NIFTY), dostałam ulotkę na ten temat i informację, że są one dodatkowo płatne (nie są pokrywane z ubezpieczenia). Dowiedziałam się też na jaki numer telefonu mogę dzwonić, gdyby mnie cokolwiek niepokoiło. Okazało się też, że akurat te położne przyjmują porody tylko w szpitalu, więc jeżeli pozostanę przy tej praktyce położniczej, to muszę rodzić w szpitalu. Upewniłam się czy mogę jeździć na rowerze - dostałam odpowiedź, że oczywiście, że tak, dopóki nie czuję dyskomfortu. Cała wizyta trwała mniej niż pół godziny. Wyszłam i wsiadłam na rower, żeby wrócić tu za miesiąc.


środa, 11 listopada 2020

W drogę parapapara!

 Och! Jak chciałoby się teraz wyruszyć w drogę! Bez odkażacza do rąk i bez maseczki. Po prostu spakować walizkę i wsiąść do samolotu - tak jak to było możliwe jeszcze rok temu...Na wspomnienia przebytych podróży i na planowanie kolejnych polecam to, co zamieszczam poniżej. Muzikal, bajka, może być dobranocka. Historia pełna polotu i uroku, ładnych piosenek, ładnych obrazków, niebanalnych pomysłów i niebanalnych tekstów. Można oglądać wielokrotnie i potem podśpiewywać, dla dodania sobie animuszu, w trudnych chwilach.

Tutaj zapraszam:

https://www.youtube.com/watch?v=N0BM8O0WHCg&t=34s  

poniedziałek, 4 maja 2020

Cieciorka. Daleko od perfekcji.


Mój synek pojawił się na świecie, wtedy kiedy byłam po siedmiu latach pracy w szkole prowadzonej metodą Montessori. Oczywiście, że chciałam tę wiedzę, którą posiadam wykorzystać, będąc matką. Tym bardziej, że metoda Montessori jest bliska mojemu sercu, ale także mojemu rozumowi. I wreszcie mam "swój własny materiał" do testowania, czy "to wszystko naprawdę działa" i to od samego już urodzenia. No i zaczęło się... Przeglądanie internetów - tyle przecież na to okazji - spacer, drzemka, karmienie... Kanały na Youtube i konta na Instagramie kreatywnych, świetnie zorganizowanych mam. Piękne dziecięce pokoje, piękne drewniane zabawki. Chcę mieć to wszystko tu i teraz.
No ale od oglądania Instagramów rzeczy same się nie robią... Nagle zobaczyłam, że z kilku powodów ja tak nie potrafię. Po pierwsze - nie mieszkam w swoim domu i nie mogę sobie tu wszystkiego urządzić tak jakbym chciała. Po drugie - nawet jakbym mieszkała w swoim domu - to ja po prostu nie umiem tego zrobić, potrzebowałabym pomocy. Po trzecie - jestem wrogiem rzeczy - boję się, że pod nimi zginę, więc każda nowa zabawka, czy "materiał" staje się dla mnie problemem. No i tu pojawia się po czwarte - mój syn bardziej interesuje się realnymi przedmiotami niż zabawkami. I jeszcze po piąte - te wszystkie piękne materiały Montessori i kreatywne zabawki są bardzo drogie.
Czas mija, pojawiła się córeczka. Mój synek rośnie i rozwija się, nawet wtedy kiedy nie organizuję mu pięciu kreatywnych zabaw na dzień i mimo tego, że nie ma różowej wieży i materiału perłowego. A ja żyję sobie z nimi, obserwuję, trochę nadal podglądam w internetach, trochę czytam i szukam własnej drogi, która da nam wszystkim radość, ale mnie nie wykończy.
Najczęściej jest tak, że mój dwulatek czymś się zafascynuje i ja zastanawiam się, jak mu umożliwić głębsze zajęcie się tym przedmiotem. Na przykład: widzę, że wylewa wodę za swojej szklanki na talerz (albo w gorszym wypadku stół). No to organizujemy przelewanie: jakaś duża tacka, na niej kilka niewielkich naczyń, szmatka i minimalna ilość wody (zawsze można dolać). Fascynują go klucze, no to dostaje stosunkowo mało ważny klucz od drzwi balkonowych i uczy się wkładać go do zamka. Tak też pojawiła się tytułowa cieciorka: cały czas chce coś "sypać, sypać", jest też faza na sztućce. To w takim razie miseczki, łyżeczka i trochę suchej cieciorki. Wszystko włożyłam do foremki do pieczenia z braku pięknej drewnianej tacki. Za pierwszym razem przesypywał chyba z dwadzieścia minut, bez żadnych strat. Za drugim razem domagał się garnka i pokrywki, bo chciał robić "zupę" (dałam). Za trzecim - cieciorka była już na podłodze całej kuchni. Musimy wymyślić coś nowego...




czwartek, 28 listopada 2019

Dla Tatiany

Tatiana zmarła zeszłej nocy. Dostałam tę wiadomość od Pani od przyrody. Wiedziałam, że jest już bardzo źle. Gorzej niż wtedy, kiedy parę lat temu modliła się za nią cała nasza szkoła. Nie było dnia, kiedy podczas naszej codziennej modlitwy, któryś z uczniów nie powiedziałby: "To jeszcze za panią Tatianę". Wtedy się udało. Wróciła dużo szczuplejsza, trochę jakby przezroczysta, cichsza i słabsza, ale to była ta sama ciepła, uśmiechnięta i pełna życia Tatiana - chociaż tak jakby już zasmakowała Tamtego Świata.

Pierwszy raz spotkałam ją ponad 10 lat temu na bardzo podstawowym kursie metody Montessori w jednym z krakowskich przedszkoli. Ja byłam wtedy studentką, która jeszcze dość nieporadnie rozglądała się po świecie, co w ogóle chce robić w życiu. Tatiana - roześmiana, rozgadana, szczera i otwarta. Wydawało mi się wtedy, że Ona jest po prostu, trochę zakręconą na punkcie metody Montessori i swoich dzieci, mamą.
Potem spotkałam ją kiedy zaczęłam pracować w naszej szkole. Uczyły się u nas jej dzieci (nie cała czwórka, ale każde z nich jakoś się tam "przewinęło"). Ale przede wszystkim Tatiana włożyła ogromną pracę w to, żeby w naszej szkole dzieci mogły się uczyć katechezy Dobrego Pasterza. Były wzloty i upadki, raz szło to lepiej, raz gorzej, ale jej determinacja, entuzjazm i poświęcenie były niezłomne. I to było widać przede wszystkim po naszych uczniach. Po tym jak byli zainteresowani historiami biblijnymi, po ich wrażliwości na czyjeś nieszczęście, po tym jak angażowali się w przygotowania do cotygodniowej Mszy Świętej. A z historii śmiesznych, to do dziś pamiętam, jak mały A. (chyba był wtedy w pierwszej klasie), podczas nieobecności nauczyciela w sali, napisał na tablicy wielkimi literami: PARUZJA ( a nie, że jakieś brzydkie i zakazane słowo).

Tatiano, jest mi bardzo, bardzo przykro, że nie będę mogła Cię pożegnać podczas Twojego pogrzebu. Dlatego to piszę. Cieszę się, że Cię poznałam, chociaż znałam Cię za mało. Teraz dochodzi to do mnie jak mało o Tobie wiem.
Wszystkim Twoim bliskim, a przede wszystkim Twojemu mężowi i dzieciom będzie Cię tutaj ogromnie brakować. Twojego ciepła, Twojej Cierpliwości, Twojej wiary w Dobro.

Dziś słuchaliśmy z moim synkiem wszystkich hitów Arki Noego. Przy tej piosence zobaczyłam Cię jak biegniesz za Nim rozpromieniona do Nieba w swojej długiej spódnicy:

Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Niespokojne czeka wierci się
Kiedy w końcu Ty przytulisz je.
Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem
Że na pewno ty rozpoznasz mnie.

Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.
Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.

Nie jest wcale ciężko kiedy wiem
Że na końcu drogi spotkam Cię.
Chociaż było tyle trudnych dni
Codziennie bliżej Nieba warto żyć.
Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem
Że na pewno ty rozpoznasz mnie.

(Arka Noego "Zabierzesz mnie na drugi brzeg")

piątek, 15 listopada 2019

Dwa lata i dwa miesiące - czy to dużo, czy to mało i co się może w tym czasie wydarzyć...

Nasza nauczycielka języka niderlandzkiego spytała się nas ostatnio, ile czasu jesteśmy już w Hadze. Odpowiedzieliśmy, zgodnie z prawdą, że dwa lata i dwa miesiące. Podsumowała (po holendersku oczywiście, bo tak też się toczyła cała rozmowa): "dwa lata i dwójka dzieci - nieźle..."
Myślę o tym, czy to dużo, czy to mało te dwa lata i czy to dużo, czy to mało dwójka dzieci (chociaż w dwa lata ciężej o więcej, chyba, że mnogie ciąże albo adopcja...) i czy dużo, czy mało zdarzyło się w moim życiu przez ten czas. I nie dochodzę oczywiście do żadnych konstruktywnych wniosków...

Czasem wydaje mi się, że nie dzieje się totalnie nic. Siedzę w domu z synem i z córką w brzuchu: piorę, gotuję, sprzątam, przewijam, wychodzę na spacer, robię zakupy, znowu przewijam, oglądamy książki, sprzątam, znowu przewijam, sprzątam, wieszam pranie, znowu przewijam. I jeszcze to ciągłe bieganie po schodach. W dodatku jestem w Hadze, gdzie tak ogólnie rzecz biorąc jest nudno, zimno, wieje i ciągle pada deszcz i nie mam tu przyjaciół. Ambasador przychodzi z pracy i tak bardzo widzę jak on dalej tam jest (w pracy). I ja z moimi śmiesznymi sprawami, że I. powiedział "dom", że włożył klucz do zamka, że zapomniałam kupić mleka, że kurier przyniósł paczkę, że dzwoniła moja mama. A on ze sprawami wagi państwowej...

Czasami wydaje mi się, że dzieje się wszystko na raz i to bardzo szybko, że życie toczy się właśnie tu i teraz - w Hadze. Siedzę w domu z synem i z córką w brzuchu: piorę, gotuję, sprzątam, przewijam, wychodzę na spacer, robię zakupy, znowu przewijam, oglądamy książki, sprzątam, znowu przewijam, sprzątam, wieszam pranie, znowu przewijam. I jeszcze to ciągłe bieganie po schodach. O! Przyszedł kurier z paczką (uwaga, żeby się nie zabić na schodach), ale fajnie, oglądniemy ją sobie z I. O! Muszę już jechać do położnej i posłuchać jak bije serce młodej damy. O! Mama dzwoni, ale fajnie, dawno nie rozmawiałyśmy. O! Akurat przestało padać, to pójdziemy z I. na plac zabaw. O! Młody zasnął, mogę poczytać, albo się przespać (cudownie). O! Mam ochotę na coś słodkiego, chyba coś upiekę. O! Dziś Ambasador wróci trochę wcześniej, może zapali w kominku, może weźmie I. na dodatkowy wieczorny spacer... 

Jemy razem kolację. Opowiadamy każdy o swoim dniu. Te relacje są tak różne i tak od siebie odległe, jak tylko mogą być. Ale jest nam dobrze razem tu i teraz w tym co mamy i co przynosi każdy dzień. Choć czasem ciężko, czasem dla mnie zbyt nudno, czasem dla niego zbyt intensywnie. Dwa lata i dwa miesiące. Szybko to leci.



poniedziałek, 5 marca 2018

grudzień w marcu

Jako że naprawdę długo nic nie pisałam, siłą rzeczy nie napisałam nic w grudniu zeszłego roku. Tematu na chwilę obecną i brakuje, więc cofnę się do grudnia, żeby opowiedzieć trochę o Świętym Mikołaju. Do następnego grudnia daleko i opowieść ta nie będzie czekać tak długo, a może ktoś w okolicy 6 grudnia 2018 roku ją odkopie i do czegoś go ona zainspiruje.
Wszystko zaczęło się od tego, że zostałam poproszona o pomoc w organizacji przedświątecznego wieczoru dla dzieci ze szkół polonijnych w Ambasadzie. Różne są historie tych dzieci - jedne pochodzą z całkiem polskich rodzin, inne z rodzin polsko-holenderskich, jedne mówią świetnie po polsku i znają doskonale polskie tradycje, inne są wychowywane w tradycjach holenderskich. W Holandii bardzo hucznie obchodzi się dzień Świętego Mikołaja, nazywanego tutaj Sinter Klas. Przypływa on na statku z Hiszpanii 5 grudnia wieczorem. Tego wieczora całe holenderskie rodziny siadają do uroczystych kolacji i obdarowują się prezentami. Moim pomysłem na ten kawałek popołudnia, który miałam spędzić z co najmniej pięćdziesiątką dzieci w Ambasadzie było porozmawianie o tradycjach w Polsce i w Holandii, ale też przybliżenie im osoby Świętego Mikołaja, właśnie jako świętego. Dzieci, jak już napisałam, było sporo, więc nie mogłam liczyć na swobodną rozmowę i wymianę zdań. Postanowiłam, więc zacząć od opowieści, którą stworzyłam, inspirując się opowiadaniem Zofii Kossak-Szczuckiej Pierwsze dary Świętego Mikołaja. W trakcie opowiadania wykorzystałam mapę - żeby pokazać dzieciom skąd dokładnie pochodził Mikołaj oraz zdjęcia z tamtych terenów i ikony przedstawiające Świętego. Musze powiedzieć, że właściwie pięćdziesiąt dzieci w różnym wieku (od lat 5 do około 14) słuchało z uwagą opowieści, a potem mogliśmy jeszcze wymienić zdania na temat różnych legend, zwyczajów i tradycji. 
Poniżej wklejam moją wersję opowieści. Może komuś w się przyda za 10 miesięcy.

Bardzo dawno temu, bo ponad 1700 lat temu w mieście o nazwie Patara żyło pewne małżeństwo. Patara to miasto, po którym dziś zostały już tylko ruiny (zdjęcie), leży ono na terenie dzisiejszej Turcji (mapa). Wróćmy do naszego małżeństwa. Byli to już starsi i bardzo bogaci ludzie. Właściwie mieli wszystko co chcieli : piękny, duży dom z widokiem na błękitne morze, służących, ładne i drogie przedmioty i pyszne jedzenie - tyle ile chcieli. Ale jednak nie byli szczęśliwi. Nie byli szczęśliwi, bo nie mieli z kim podzielić się tym bogactwem. Nie mieli dzieci. Jako że byli bardzo pobożnymi ludźmi, to postanowili, że będą ze wszystkich swoich sił modlić się do Boga o upragnione dziecko. I rzeczywiście, po jakimś czasie kobieta urodziła syna. Nazwali go Mikołaj. Chłopiec dorastał za murami wielkiego domu, miał wszystko czego zapragnął, ale mimo to czuł się bardzo samotny. Często wyglądał przez okno i obserwował bawiące się na ulicy dzieci biednych rybaków i handlarzy. Nie mógł do nich dołączyć, bo to nie wypadało - jak mówili rodzice. Mikołaj wyrósł na nieśmiałego i milczącego młodzieńca. Dużo czytał i dużo się modlił. Pytał Boga co ma zrobić ze swoim życiem, które wydawało mu się nudne i nikomu niepotrzebne.
Pewnego wieczora przechadzał się po  mieście i usłyszał odgłosy jakiejś awantury. Poszedł w stronę, z której dochodziły krzyki. Okazało się że trójka dzieci z jego sąsiedztwa próbowała podkraść placki pszenne z oliwą piekarzowi sprzedającemu je na ulicy. Wściekły piekarz pogonił głodne, wychudzone dzieciaki, które z płaczem wróciły do domu. Ich ojciec pracował w kamieniołomie. Nie był w stanie zapewnić im pod dostatkiem jedzenia.
Mikołaj przyglądał się z daleka tej scenie. Było mu bardzo żal dzieciaków z sąsiedztwa, ale był zbyt nieśmiały żeby stanąć w ich obronie. Jednak w jego głowie powstała pewna myśl. Podszedł do piekarza i wykupił wszystkie placki, które tamtemu jeszcze zostały. Zaniósł je do domu i schował. Tej nocy Mikołaj nie położył się spać. Odczekał aż zrobiło się całkiem ciemno i wszyscy w jego domu zasnęli, a miasto całkowicie ucichło. Podzielił placki, które kupił na trzy równe części i zrobił z nich trzy pakieciki. Dorzucił do każdego pakietu jeszcze kilka fig i daktyli. Zarzucił na siebie płaszcz z kapturem, wziął trzy paczuszki i bardzo cicho wymknął się z domu. Zakradł się pod okno sąsiedniego domu. W tamtych czasach ludzie nie mieli jeszcze w oknach szyb, więc Mikołaj z łatwością wrzucił trzy paczuszki do środka i uciekł. 
Następnego dnia z ukrycia obserwował dzieci, jak po przebudzeniu znalazły paczuszki koło swoich posłań. Nie mogły uwierzyć, że mogą zjeść wszystkie placki, jakie dostały i nie miały pojęcia kto sprawił im taki piękny prezent. Mikołaj po tym co zrobił poczuł, że jest to coś dobrego i że właśnie tym powinien się zająć. Zaczął wymykać się każdej nocy z domu. Zawsze ubierał ten sam płaszcz z kapturem, zawsze wyszukiwał najbiedniejsze rodziny i wrzucał przez okno różne prezenty: zbożowe placki, orzechy, bakalie.
Raz zdarzyło mu się nawet zrobić dużo większy prezent. Niedaleko jego domu mieszkał człowiek, który miał trzy dorosłe już córki. Człowiek ten stracił cały majątek i był tak załamany, że postanowił sprzedać swoje córki jako niewolnice. Nikt bowiem nie chciał ich poślubić, jeśli nie posiadały żadnego majątku. Mikołaj stwierdził, że nie może do tego dopuścić i pod osłoną nocy wrzucił przez okno tego domu trzy sakiewki ze złotymi monetami. Dzięki temu trzy dziewczyny mogły wyjść za mąż i nie zostały sprzedane do niewoli.
Kiedy rodzice Mikołaja zmarli, on rozdał ubogim cały swój odziedziczony po nich majątek. Żył bardzo skromnie i nadal wiele się modlił.
Był tak dobry i pobożny, że wybrano go na biskupa w mieście Mira (niedaleko miejsca gdzie mieszkał). To oznacza, że był takim szefem kościoła w tamtych okolicach. Dzięki tej pozycji mógł nadal pomagać wielu, wielu ludziom. Był tak dobry i hojny, że ludzie pamiętali o nim jeszcze długo po tym jak umarł i opowiadali o nim historie swoim dzieciom, a ich dzieci swoim dzieciom. I tak powstała legenda o świętym Mikołaju.