niedziela, 18 stycznia 2015

Akond dla Babci i Dziadka

Przygotowujemy Dzień Babci i Dziadka. Jak co roku robimy to w naszej szkole w formie kawiarenki. Już parę lat temu stwierdziliśmy (nauczyciele), że trochę nas mierżą sztuczne przedstawienia okupione stresem dzieci, ale chyba przede wszystkim – naszym... I dlatego przygotowujemy w salach wystrój „kawiarenkowy”, dzieci deklarują się co mogą przynieść: ciasta, ciasteczka, owoce, herbata, kawa, serwetki, obrusy. Przygotowujemy menu i rozdzielamy role: kelnerzy, szatniarze, zwykle jest ktoś kto chce podgrywać w tle, a w jednym roku zgłosili się też chętni na ochroniarzy. Zawsze jest miło. Dzieci przejęte, dumne i szarmanckie – można by powiedzieć. Ale w tym roku postanowiłyśmy wyjść trochę naprzeciw oczekiwaniom babć i dziadków. Bo oni zawsze jednak trochę na ten wierszyk, czy piosenkę czekają. No i pomyślałyśmy, że w tym kawiarenkowym klimacie, chętne dzieci mogłyby coś jednak zarecytować. Przyniosłyśmy stosy książek z poezją dla dzieci. Czytaliśmy razem. Ale zgłoszeń niewiele na tę samodzielną recytację. Ci co zwykle... I wtedy z pomocą przyszła drugoklasistka M., która szczególnie upodobała sobie jeden osobliwy wiersz z mojej ukochanej, niezastąpionej książeczki Edwarda Leara Dong co ma świecący nos (to tam były Dżamble). Wiersz pod tytułem Akond ze Skwak ma dwadzieścia cztery dziwne lecz krótkie zwrotki i świetnie nadaje się do wspólnej recytacji (każde dziecko jedną zwrotkę), a przy tym jest wspaniałym ćwiczeniem na dykcję. Tak więc znów wypływamy z naszymi dziećmi na wody absurdalnego humoru wraz z Akondem ze Skwak. Oto on:

Kto to czy co to? Skąd, gdzie i jak? wziął się 
Akond ze Skwak?

Czy jest wysoki, rudy, chudy? Czy lubi leżeć w chwilach nudy na wznak,
Akond ze Skwak?

Czy myśli? A gdy myśli-o czym? Czy zawsze, gdzie utarty- kroczy- jest szlak,
Akond ze Skwak?

Czy śpiewa, gwiżdże, mamle i czy jak lew, czy raczej ciszej ryczy jak Yak,
Akond ze Skwak?

Czy czyni, co mu zabroniono, czy nosi mundur, czy kimono, czy frak,
Akond ze Skwak?

Czy woli barszcz, czy żur, czy rosół? Czy pieprz wsypuje do bigosu ,czy mak,
Akond ze Skwak?

Czy bracia z nim się często kłócą? I czy się złości, kiedy mu co nie w smak,
Akond ze Skwak?

A gdy się złości,to się pieni, czy blednie, czy też się czerwieni jak rak,
Akond ze Skwak?

Kiedy go w czegoś proszą imię, to odpowiada wtedy im "nie" czy "tak",
Akond ze Skwak?

Gdy z swym koresponduje wujem, to liże list swój czy stempluje na lak,
Akond ze Skwak?

Czy się do spraw nie swoich miesza? A palto swe na gwóźdź czy wiesza na hak,
Akond ze Skwak?

Czy lubi w ciastkach dużo kremu,czy też uważa raczej, że mu go brak,
Akond ze Skwak?

Gdy komuś jakąś zrobi szkodę, to wstydzi się jak dziewczę młode czy żak,
Akond ze Skwak?

Czy jakiś w czymś osiągnął wyczyn? Czy do trzydziestu umie liczyć na wspak,
Akond ze Skwak?

Czy nawet,gdy ma zmartwień wiele, jest wesolutki jak wróbelek lub szpak,
Akond ze Skwak?

Lubi czy nie, kiedy go strzygą? A przecież winien o swój wygląd dbać wszak!
Akond ze Skwak?

Czy kiedy widzi wieloryba, to myśli,że to wielka ryba czy ssak,
Akond ze Skwak?

A gdyby smoka gdzie zobaczył, to uciekłby czy by z nim walczył jak Krak,
Akond ze Skwak?

Czy głową zwykł przebijać mury? Czy woli ptasząt śpiew czy kury gdak-gdak,
Akond ze Skwak?

I czy w decyzji swej minutach mówi, że wszystko jedno mu:tak czy siak,
Akond ze Skwak?

Ja nie wiem, może ktoś to wie, skąd, kiedy, na co , po co, gdzie i jak
wziął się Akond ze Skwak?


(przeł.: Andrzej Nowicki)

środa, 24 grudnia 2014

na Boże Narodzenie

Pod koniec zeszłego tygodnia mieliśmy takie spotkanie opłatkowe dla nauczycieli. Trafiła na nie też, trochę przypadkiem, nasza Gwiazdeczka (M., która ma zespół downa). I oczywiście też ochoczo składała wszystkim życzenia. Potem nasz szkolny duszpasterz – ojciec D. opowiedział mi, czego mu życzyła. Oto dialog między nimi:
-Ja ci życzę, żebyś wreszcie zdjął to ubranie (wskazując na sutannę) i znalazł sobie jakąś żonę!
-Ale wiesz co, ja jestem księdzem i nie będę miał nigdy żony.
-Aha... to w takim razie dużo rozmów z Bogiem.

Też wszystkim życzę dużo rozmów z Bogiem. Nawet tym, co myślą, że Go nie ma, żeby się zorientowali, że jest.

niedziela, 14 grudnia 2014

fabryka



Mimo że byłam wychowywana w rodzinie, w której mówiono mi, że święty Mikołaj był biskupem i jeśli przychodził do nas Mikołaj, to właśnie w takim tradycyjnym biskupim stroju i z pastorałem, to jednak działały na moją wyobraźnię kolorowe bajki Disney'a, gdzie Mikołaj miał zaprzęg z reniferami, a przede wszystkim miał fabrykę prezentów, w której pracowicie uwijały się elfy, krasnale lub skrzaty (zależy od wersji takiej kolorowej bajki). I chyba trochę z tego obrazu zrodził się, pięć lat temu, pomysł, żeby w naszej szkole zorganizować taką przedświąteczną fabrykę prezentów i ozdób choinkowych.
Na początku było skromnie, bo było niewiele dzieci. Teraz kiedy jest ich już prawie setka – fabryka naprawdę jest imponująca. W praktyce wygląda to tak:
  • przeznaczamy na to wydarzenie cały szkolny dzień, dzieci nie zajmują się wtedy niczym innym
  • w każdej sali jest po kilka stanowisk
  • nauczyciele wcześniej zgłaszają swoje pomysły na stanowiska i potem są odpowiedzialni za dane stanowisko (muszą na przykład zgłosić osobie koordynującej jakie materiały będą potrzebne)
  • w ten dzień dzieci mogą swobodnie przemieszczać się między salami, żeby mieć możliwość zrobienia różnych rzeczy
  • jeśli na jakimś stanowisku w danym momencie nie ma miejsca, to nauczyciel odpowiedzialny za nie odsyła dziecko do innego
  • na bardziej obleganych stanowiskach są listy z zapisami
  • pod koniec każda klasa sprząta swoją salę
Stanowiska, które mieliśmy w tym roku: notesy i kalendarze własnego projektu, zakładki filcowe i zakładki decoupage, cukierki z sentencją (przepisywanie sentencji i ozdobne pakowanie cukierka z tą sentencją), papier ozdobny do pakowania, papier czerpany, soutache (szyta biżuteria), malowanie baniek, malowanie odlewów gipsowych, ozdabianie baniek styropianowych sznurkiem, haft matematyczny, decoupage na świeczkach, lukrowanie pierników, ozdoby szyte na maszynie.

I najpiękniejsze jest to jak dzieci są zaangażowane w tą pracę, jak przejęte i szczęśliwe (wiele z nich mówi, że to jest najlepszy dzień w całym roku szkolnym). Chłopcy z szóstej klasy, których właściwie można by nie ściągać z boiska, w ten dzień pochylają się w skupieniu nad haftowaniem, albo szyciem na maszynie – jedyny w swoim rodzaju widok... Oni tego potrzebują jak tlenu. W tym się znajdują i spełniają, w ten sposób ćwiczą cierpliwość, skupienie i kreatywność. Pracują ręce, pracuje głowa i jest wytwór tej pracy – własne, niepowtarzalne dzieło. I można iść do następnego stanowiska, żeby zrobić kolejne. I tak właśnie powinna wyglądać fabryka świętego Mikołaja.

niedziela, 23 listopada 2014

hartowanie

Nie wiem czy znacie Emila ze Smalandii... Chłopca, którego stworzyła Astrid Lindgren i opisywała jego niestworzone psoty w książce pod tytułem Emil ze Smalandii. Kiedy byłam mała uwielbiałam tę książkę, jak również inne książki Astrid Lindgren. Tyle, że kiedy byłam mała wydana była tylko cienka książeczka, w której były opisane zaledwie trzy dni z życia Emila (jak wciągnął na maszt swoja siostrę, jak utknął głową w wazie i jak hulał na równinie Hulfstred, gdzie była dama z brodą i inne atrakcje). Tę właśnie książeczkę czytali ostatnio nasi drugoklasiści. Kiedyś zaczepiła mnie pani K., który uczy u nas w szkole angielskiego i też jest od samego samego początku naszej szkoły i powiedziała mi, że jest taka gruba książka, gdzie jest opisane jeszcze więcej psot Emila ze Smalandii, ale to, że tam jest tyle tych psot, to nie jest takie ważne... najważniejsze jest jak się ta książka kończy. A mianowicie kończy się rozdziałem, w którym Emil ratuje życie Alfredowi – parobkowi z ich zagrody. Historia wygląda tak, że Alfred zacina się w palec i wdaje mu się bardzo poważne zakażenie, nikt z rodziny nie daje mu szans, a Maja Borówka zastanawia się czy przez wąskie drzwi jego pokoju przejdzie trumna. I właściwie to powinni go zawieźć do doktora, ale problem jest taki, że szaleje śnieżyca – wszystko, wszystko jest zasypane i śnieg wciąż pada i wszyscy dorośli stwierdzają, że po prostu nie da się dojechać do tego lekarza. I wtedy w Emilu rodzi się desperacka decyzja, że on zawiezie Alfreda do lekarza. Choćby mieli wspólnie zginąć po drodze. Robi to oczywiście w tajemnicy przed rodziną i wyprawa jest naprawdę bardzo ciężka, a Alfred dogorywający. Ostatecznie wszystko się udaje i wszyscy się cieszą, a Emil – psotnik zyskuje nowe oblicze.
Pani K. namówiła mnie, żebyśmy przeczytali to wspólnie z dziećmi, jako podsumowanie lektury. I to był bardzo dobry pomysł. Słuchali wszyscy z zapartym tchem – nawet ci, którzy już to znali. A ja sobie pomyślałam, że największe wrażenie w tym opowiadaniu zrobiła na mnie ta siła drzemiąca w Emilu, ta wewnętrzna siła do robienia rzeczy niezaprzeczalnie dobrych, takich, które po prostu powinno się zrobić, ale które nie tak znowu wielu ludzi potrafi zrobić. On po prostu wiedział, że to jest do zrobienia i koniec.
Wtedy moje myśli pobiegły do innych książek i innych opowiadań – trochę poważniejszych, opisujących prawdziwe wydarzenia. Na przykład do Kamieni na szaniec, które niedawno sobie odświeżyłam. Tamci chłopcy byli nieco starsi od Emila, ale to byli naprawdę chłopcy. I oni też wiedzieli co NALEŻY robić w takiej sytuacji w jakiej się wtedy znajdowali. Skąd ta nadludzka, wydawałoby się, siła, ta mądrość, energia i determinacja? I połączyło mi się to z tym co mówił ksiądz, który uczy u nas w szkole religii... Mówił to podczas uroczystości nadania imienia naszemu gimnazjum: Sprawiedliwych wśród narodów świata. Powiedział o hartowaniu dobrem. Tak bardzo spodobało mi się to określenie, bo mieści się w nim to wszystko co możemy zrobić dla dzieci, żeby były gotowe na prawdziwe i dobre życie. Bo tak naprawdę w Kamieniach na szaniec największe wrażenie zrobiło na mnie to jakie wychowanie odebrali ci chłopcy, z jakich byli domów, do jakich chodzili szkół, jakimi wartościami żyli ci, którzy ich otaczali – cała reszta była już tylko tego konsekwencją. Byli zahartowani dobrem. Emil ze Smalandii też...

poniedziałek, 10 listopada 2014

małe koperty - zawartość

Akcja z małymi kopertami odbyła się bardzo pomyślnie. Nawet sama się nie spodziewałam tak spektakularnego sukcesu. Chłopcy bardzo się przejęli i w dwa dni napisali dwadzieścia zadań, pocięli już wydrukowane, zaadresowali małe koperty i wrzucili do skrzynki. Trwa teraz etap (to znaczy będzie trwał po długim weekendzie - wspaniałym wynalazku) odpowiadania na listy.

Moje przemyślenia i spostrzeżenia z tego wydarzenia:
  • Warto wykorzystywać naturalnie zaistniałe sytuacje do zachęcenia dzieci do pracy.
  • Potrzebują środków do zrobienia czegoś (komputer, małe koperty), czasem - inspiracji i instrukcji.
  • Potem należy ich zostawić w spokoju i zaufać, że będzie dobrze. Ode mnie dostali małe koperty, przyniosłam laptopa i wytłumaczyłam im jaki powinien być stopień trudności zadań dla pierwszoklasistów, drugoklasistów i trzecioklasistów.
  • Efekt przeszedł moje oczekiwania, bo zadania są naprawdę ich (to znaczy występują w nich postaci, które oni chcą żeby tam były, a nie Jacek, Kasia, Gosia, Bożenka i pani sprzedawczyni, pani nauczycielka i klasa IIa), są zabawne i jeszcze w dodatku poprawne pod względem merytorycznym i mają zróżnicowaną trudność.
Oto kilka przykładowych:

1. Mały ufoludek miał zeszyt 15 kartkowy w poniedziałek

wyrwał 7 kartek,we wtorek przykleił 2 kartki. Ile teraz

zeszyt miał kartek?


2. Jeden stary smok miał 11 par okularów ale

rycerze rozbili 7 par okularów.

Ile teraz miał par okularów?


3.Król Julian codziennie dostawał 2 ananasy i 1 jabłko.

Ile król Julian miał ananasów po tygodniu?

Ile jabłek miał po dwóch tygodniach?


4.Ufoludek przyniósł do szkoły 28 moli .Miał 6

kolegów chciał żeby każdy z kolegów dostał

po tyle samo (on też musiał dostać mole).

Ile jeden ufoludek dostał moli?


5. W fabryce pierników było robione 10 pierników

dziennie.Pracowników było 3, każdy z nich

wyjadał po 2 pierniki dziennie . Ile pierników było po

tygodniu?

6. Gruffallo podbił 2 zamki w każdym z zamków

było po 5 osób. Gruffallo z każdego zamku zjadł

po 2 osoby. Ile osób przeżyło?

7. Ufoludek wybrał się na zakupy, miał 20

złotych musiał kupić 5 buł po 2 złote ,i bochenek

chleba za 3 złote .Czy starczyło mu pieniędzy?

8. Mieszko ostatni miał 49 rycerzy .
Podzielił ich na 7 drużyn. Ilu rycerzy było w każdej drużynie?


niedziela, 26 października 2014

małe koperty


Może nie wszyscy dorośli są tego świadomi, ale mała koperta jest dużo fajniejsza od zwykłej koperty. Tak samo wielka koperta (ale taka naprawdę wielka) jest dużo fajniejsza od zwykłej koperty. Jeśli taka mała kopert ma jeszcze odpowiedni kolor, to naprawdę może zdziałać cuda.

Mam takiego jednego ucznia, którego na różne sposoby próbujemy z panią M. zachęcić do pracy. Ale on absolutnie nie chce robić nic co wymagałoby pisania, czytania, dodawania, odejmowania, a mnożenia to już w ogóle. Ostatnio postanowiłam być bardziej autorytarna niż zwykle i pozostawiłam mu znacznie ograniczony wybór i powiedziałam, że z tych rzeczy, które mu zaproponowałam MUSI coś wybrać. Jedną z tych rzeczy było pudełko pełne małych kolorowych kopert. A. nie wiedział, że w każdej z kopert znajduje się zadanie tekstowe. Koperty kusząco leżały na jego ławce, ja odeszłam niby obojętnie, ale tak naprawdę wciąż obserwując go kątem oka. No i nie minęło pięć sekund, a on już sięga po pierwszą małą kopertę i czyta co tam jest w środku. Woła mnie i mówi, że on w ogóle nie wie co on ma z tym zrobić. Wytłumaczyłam, mina mu trochę skwaśniała, ale w efekcie zrobił parę zadań i potem mówi do swojego kolegi T.: Popatrz dostałem bardzo dużo listów... ale wszystkie są strasznie nudne! Na fali tego listowego skojarzenia wymyślili z innym kolegą F., że mogliby wrzucić te wszystkie małe koperty do naszej klasowej skrzynki i wtedy dzieci z naszej klasy musiałyby rozwiązywać te zadania. A ja przebiegle wykorzystałam ten pomysł i powiedziałam im, że tych kopert co prawda nie mogą wrzucić, ale ja kupię dla nich takie koperty i mogą wymyślić własne zadania tekstowe, powkładać do kopert, zaadresować do każdego dziecka z klasy i wrzucić do naszej skrzynki, wtedy każde dziecko dostanie od nich swoje zadanie tekstowe do rozwiązania. Na to F. (z charakterystycznym jękiem w głosie): No ale to musimy tego napisać strasznie dużo... Na to ja: wystarczy, że w jeden dzień napiszecie cztery zadania i w piątek macie już dwadzieścia (w piątek wyjmujemy listy ze skrzynki). Na to F.: Ale to musielibyśmy pisać na komputerze, bo młodsze dzieci nie odczytają naszego pisma... Na to ja: Przyniosę wam laptopa i będziecie pisać na komputerze. Na to F. i A. przystali i zobaczyłam entuzjazm w ich oczach i już zaczęli się wymieniać pomysłami o czym będą te zadania. Pewnie będę ich musiała jeszcze parę razy skierować na tory matematyczne, bo będą powstawały historie o kosmitach i krasnalach mało związane z matematyką. Ale tak czy inaczej połowa sukcesu już jest. I to wszystko dzięki małym kopertom...

piątek, 17 października 2014

oczy

Miły był dzień nauczyciela, bo był wolny. Jednak, jak by się nie lubiło swojej pracy, to miło jest dostać w prezencie taki wolny dzień w środku tygodnia. A wieczorem byliśmy i tak wszyscy w szkole, żeby wspólnie świętować. Wokół dużego stołu z pozestawianych ze sobą ławek siedzieliśmy i cieszyliśmy się z naszej szkoły razem: była pani M. i pani M2 i pani od przyrody i panie dyrektor i pan od wf-u i pan od historii i ksiądz i jeszcze dużo innych bohaterów szkolnej codzienności.

Ale miły był też dzień przed dniem nauczyciela. Bo dzieci postanowiły go świętować razem z nami. Od rana nie wpuszczano nas do klasy, bo szykowała się tam niespodzianka. Stałyśmy z panią M. pod salą i cieszyłyśmy się nastrojem świątecznego podniecenia. Mamy z trójek klasowych wchodziły i wychodziły z sal, dzieci wyglądały na korytarz i zwoływały się nawzajem. Kiedy wreszcie pozwolono nam wejść zastałyśmy ich z kwiatami i tymi oczami w ramce. To są oczy całej naszej klasy: figlarne, zadziorne, srogie, zdecydowane, zapłakane, nieśmiałe, uśmiechnięte, rozmarzone. Potem siedzieliśmy razem i zgadywaliśmy czyje są które oczy i jedliśmy szarlotkę, którą upiekłam zainspirowana przez panią M. oczywiście. A później jeszcze co chwilę przychodziły dzieci ze starszych klas – nasi dawni uczniowie - i częstowali nas zrobionymi przez siebie ciastami. I wszyscy patrzyli na te oczy i zgadywali czyje są które. Jakie to szczęście mieć te oczy na żywo, dzień po dniu. Chociaż czasem wydaje się, że jest tak ciężko...