piątek, 22 października 2021

Jak rodziłam w Holandii cz. III - Plan porodu

 Mniej więcej na miesiąc przed wyliczonym terminem zaplanowane jest dłuższe spotkanie z położną w celu omówienia planu porodu, który należy wcześniej z mężem napisać. Chodziliśmy z M. na szkołę rodzenia, więc zostaliśmy przeszkoleni w tej kwestii. Napisaliśmy plan na jedną stronę A4 (wiadomo, że jak będzie za długi, to nikt tego nie będzie czytał). Plan właściwie mogę tutaj wkleić (tylko, że jest po angielsku), być może będzie dla kogoś interesujący lub inspirujący:

Midwife practice

  • We would appreciate that the staff converse in English when in our presence and in anything regarding the labor, birth and decisions to be made.
  • My husband can be all the time with me.
  • We do not want any additional people (students) in delivery room.
  • If it is possible we would like to have lower lighting and the possibility to have our music.
Labor & Delivery:
  • To the extent possible I would like to have a natural birth - without any interventions as oxytocin, artificial rupture of the membranes, episiotomy.
  • We want every decision regarding medical intervention to be consulted with us. Whenever possible we would like time to be given for making decisions.
  • I wish to be able to move around and change position, use the birth ball and shower.
  • Please knock before entering, I would prefer no unnecessary or sudden entry into the room by other staff, to avoid interruptions or feeling insecure during labor.
  •  I would like to give birth in a vertical position (birthing stool or other vertical positions on the bed, I’m open to suggestions).
  •  In case I cannot bear the pain, I will let my husband know and we decide about pain relief. 

After Delivery:
  • My husband would like to cut the cord after it has finished pulsating.
  • I would like to try to birth the placenta naturally.
  • Contact skin to skin and we would like to start with breastfeeding when baby indicates it is ready.
  • In the case our baby needs to receive medical treatment, my husband will accompany the baby at all the time.

Cesarean:
  • If possible any aspects of a gentle cesarean would be appreciated, especially skin on skin with the baby.
  •  If not with me, then skin to skin contact with my husband, as soon as possible.
Położna była z nas bardzo zadowolona. I powiedziała, że jeżeli okoliczności będą sprzyjające to wszystko to jest do zrobienia. Jedyna rzecz, którą nam wytłumaczyła, że jest konieczna, to zastrzyk oksytocyny w udo, aby ułatwić "urodzenie" łożyska.  Dzięki temu przebiega to szybko i zapobiega nadmiernej utracie krwi. Wyszliśmy bardzo zbudowani faktem, że ktoś nas wysłuchał, przeczytał uważnie to co napisaliśmy i porozmawiał z nami na ten temat. Niby oczywiste, że tak po prostu powinno być, ale chyba nie zawsze i nie wszędzie jest...

piątek, 23 lipca 2021

Jak rodziłam w Holandii cz.II - Kraamzorg

 Przed kolejną wizytą u położnej miałam zrobić badanie USG i badania krwi w szpitalu. Musiałam zarejestrować się jako pacjent szpitala (wyrobić kartę pacjenta), ale można zrobić to na poczekaniu w dwie minuty. Potem wszystko przebiegło sprawnie i kulturalnie. Wyniki są wysyłane od razu do położnej, tak, żeby mogła się z nimi zapoznać przed moją kolejną wizytą.

Nie będę opisywać każdej wizyty u położnej, bo przebiegają one zawsze według tego samego schematu: mierzenie ciśnienia i ważenie przez asystentkę, rozmowa z położną, podsumowanie badań (jeśli były robione) i badanie, które polega na dotykowym badaniu brzucha, mierzeniu go i, od momentu jak jest to już możliwe, słuchaniu bicia serca dziecka. Na koniec zawsze pozostaje czas na pytania (jeśli takowe mam). Jeśli w planie są jakieś badania, to dostaję na nie skierowanie. Na drugiej wizycie zostałam zapytana, czy mam już wybraną kraamzorg... Zrobiłam głupią minę i powiedziałam, że nie, bo nie mam pojęcia co to jest. I co się okazuje... Jest to opieka poporodowa w domu. Do 16 tygodnia ciąży muszę wybrać sobie z usług, której "firmy" chcę korzystać i podpisać z nimi umowę. Ale o co w ogóle w tym chodzi? Jest to cały system opieki poporodowej dostosowany do realiów holenderskiej służby zdrowia. W Holandii rzeczywiście około 25% porodów odbywa się w domu. Natomiast nawet jeśli poród ma miejsce w szpitalu, był to poród naturalny bez komplikacji i wszystko wskazuje na to, że matka i dziecko mają się dobrze, to do domu wraca się od razu po porodzie. Od razu oznacza od razu - nie na następny dzień. Oczywiście kobieta może wziąć prysznic, a jeżeli poród odbył się w nocy, to ewentualnie doczekać w szpitalu do rana (ale to niekoniecznie), mąż pakuje manatki i jadą do siebie. I tu właśnie wkracza opieka poporodowa. Podpisuje się umowę na 49 godzin pracy specjalnie wyszkolonej pielęgniarki/opiekunki poporodowej (znaczna część kosztów jest pokryta z ubezpieczenia). To oznacza, że będzie ona u nas w domu przez cały tydzień po porodzie przez 7 godzin dziennie. Jest to osoba, która ma za zadanie nauczyć (szczególnie tych początkujących) rodziców wszelkich czynności pielęgnacyjnych przy noworodku, sprawdza stan noworodka (temperatura, ważenie, karminie itp.) oraz matki (ciśnienie, temperatura, szwy jeśli są), pomaga przy początkach karmienia piersią i ma za zadanie informować położną jeśli coś jest nie tak. Ale to przecież jeszcze nie robi siedmiu godzin dziennie... I tu jest najlepsze. Ta osoba może wyprać, ugotować, umyć łazienkę, zmienić pościel, pobawić się za starszymi dziećmi oraz polulać noworodka, żeby mama mogła się wyspać. Niezłe, prawda? Przy drugim porodzie trafiłam na dziewczynę która okazała się być doradcą chustowym, więc zrobiła nam mini szkolenie. Żeby taka osoba mogła w sposób akuratny zachowywać się w naszym domu, w siódmym miesiącu ciąży przychodzi z wizytą ktoś z administracji danej "firmy" (nie wiem jak to inaczej nazwać) i przeprowadza z nami szczegółową ankietę dotyczącą naszych domowych zwyczajów (czy ściąga się buty, jak jest z przyjmowaniem gości itp.). Za pierwszym razem wszystko to wydawało mi się egzotyczne i bałam się, że za bardzo wkracza w przestrzeń mojej prywatności. Ale kiedy zobaczyłam jak to świetnie działa, to przekonałam się całkowicie do tego pomysłu. Konkretną firmę świadczącą usługi opieki poporodowej łatwo znaleźć w internecie. Ja za pierwszym razem wybrałam taką, której strona internetowa była dostępna po angielsku. Trafiłam bardzo dobrze, więc kolejnym razem również zdecydowałam się na nich.

środa, 21 lipca 2021

Jak rodziłam w Holandii cz. I

 To że powinnam o tym napisać chodzi mi już po głowie od dawien dawna, a tak właściwie od trzech lat, bo wtedy właśnie po raz pierwszy rodziłam w Holandii i w ogóle po raz pierwszy rodziłam. Nie rodziłam więc nigdzie indziej, tylko tutaj, ale za to  dwa razy. Nie mam doświadczenia porodu w innym kraju, ale znam trochę opowieści - przede wszystkim tych dotyczących porodów w Polsce. Nie chcę porównywać, zastanawiać się gdzie jest lepiej i jak jest najlepiej, chcę napisać o moim prywatnym doświadczeniu i związanymi z nim przemyśleniami, bo to, że system jest inny niż w Polsce i niż właściwie w każdym innym kraju europejskim (z tego co się orientuję) to nie ulega wątpliwości i jest po prostu ciekawe.

Zaczynamy:

Jest październik 2017 roku - od miesiąca mieszkam w Holandii z moim mężem, który tu pracuje. Właściwie mało kogo znam oraz nie znam języka, ale zaczęłam się go uczyć. Natomiast wszyscy Holendrzy mówią pięknie i swobodnie po angielsku, na pewno bardziej swobodnie niż ja. Powoli zaczynam ogarniać najbliższą okolicę naszego miejsca zamieszkania, orientuję się, że naprawdę najłatwiej i najszybciej jest dojeżdżać wszędzie na rowerze,  wiem gdzie robić zakupy i zapisuję nas do lekarza rodzinnego - takiego po prostu w pobliżu, w żadnej tam międzynarodowej przychodni dla ekspatów. Okazuje się, że jestem w ciąży, co mnie nadmiernie nie dziwi, ale stawia mnie też przed zadaniem zorientowania się jak wygląda opieka zdrowotna dla kobiet ciężarnych w Holandii i jak się tutaj rodzi. Trochę słyszałam o tym, że są tu popularne porody domowe, ale właściwie nic poza tym nie wiem. Udaję się do lekarza rodzinnego i pytam co robić w takim przypadku, a właściwie to pytam się czy może mi dać skierowanie do jakiegoś lekarza ginekologa. Pani doktor patrzy na mnie z lekkim zdziwieniem i pyta się, czy mam jakieś konkretne problemy na tym etapie ciąży (bardzo wczesnym), że potrzebuję skierowanie do ginekologa. A ja no, że nie, ale jestem w ciąży, no to chyba przydałby się ginekolog. Pani doktor na to, że wcale nie, bo ciążą przebiegającą bez komplikacji zajmuje się od A do Z położna. Dostaję numer do najbliższego stowarzyszenia (tak to chyba trzeba nazwać) położnych, gdzie mam się umówić na wizytę, żeby się dowiedzieć jak to dalej wygląda. Decyduję się na położne pracujące przy najbliższym szpitalu. Da się tam dojechać w 15 minut na rowerze. Przez telefon najpierw odbieram gratulacje, a potem dowiaduję się, że na pierwszą wizytę mam przyjść w ósmym tygodniu ciąży. Stawiam się w umówionym terminie. Gabinety znajdują się w budynku niedaleko szpitala. Prosta poczekalnia, w której jest trochę zabawek dla małych dzieci i trochę gazet dla ciężarnych kobiet, a na ścianie wiszą kartki ze zdjęciami noworodków i podziękowaniami od ich rodziców. W gabinecie za szybą mieści się biuro pani sekretarki/asystentki. Oprócz tego są dwa gabinety, w których przyjmują położne. Zawsze zaczyna się od asystentki. Na pierwszym spotkaniu dostaję od niej do wypełnienia szczegółowy arkusz dotyczący stanu zdrowia mojego i ojca dziecka. Na każdym następnym to ona mierzy mi ciśnienie i mnie waży oraz umawia kolejną wizytę. Wszystko odbywa się punktualnie, z dokładnością co do minuty. Przychodzi po mnie położna i wita się przez podanie ręki, przedstawia się. Wchodzimy do gabinetu - totalna prostota - biurko, na którym stoi komputer, a po drugiej stronie pokoju leżanka. Na ścianach plakaty ze zdjęciami rozwoju dziecka w życiu płodowym. Nie pamiętam dokładnie pierwszej wizyty, wydaje mi się, że nie odbyło się żadne badanie. Położna wytłumaczyła mi jak będzie prowadzona ciąża, w przypadku gdy nie będzie żadnych komplikacji. Dostałam skierowanie na badanie USG do szpitala i badanie krwi. Położna przejrzała ankietę, którą wypełniłam. Dowiedziałam się, że badania USG będę miała trzy przez okres całej ciąży, o ile nie okaże się, że trzeba robić dodatkowe. Zostałam poinformowana o możliwości zrobienia badań genetycznych z krwi (NIFTY), dostałam ulotkę na ten temat i informację, że są one dodatkowo płatne (nie są pokrywane z ubezpieczenia). Dowiedziałam się też na jaki numer telefonu mogę dzwonić, gdyby mnie cokolwiek niepokoiło. Okazało się też, że akurat te położne przyjmują porody tylko w szpitalu, więc jeżeli pozostanę przy tej praktyce położniczej, to muszę rodzić w szpitalu. Upewniłam się czy mogę jeździć na rowerze - dostałam odpowiedź, że oczywiście, że tak, dopóki nie czuję dyskomfortu. Cała wizyta trwała mniej niż pół godziny. Wyszłam i wsiadłam na rower, żeby wrócić tu za miesiąc.


środa, 11 listopada 2020

W drogę parapapara!

 Och! Jak chciałoby się teraz wyruszyć w drogę! Bez odkażacza do rąk i bez maseczki. Po prostu spakować walizkę i wsiąść do samolotu - tak jak to było możliwe jeszcze rok temu...Na wspomnienia przebytych podróży i na planowanie kolejnych polecam to, co zamieszczam poniżej. Muzikal, bajka, może być dobranocka. Historia pełna polotu i uroku, ładnych piosenek, ładnych obrazków, niebanalnych pomysłów i niebanalnych tekstów. Można oglądać wielokrotnie i potem podśpiewywać, dla dodania sobie animuszu, w trudnych chwilach.

Tutaj zapraszam:

https://www.youtube.com/watch?v=N0BM8O0WHCg&t=34s  

poniedziałek, 4 maja 2020

Cieciorka. Daleko od perfekcji.


Mój synek pojawił się na świecie, wtedy kiedy byłam po siedmiu latach pracy w szkole prowadzonej metodą Montessori. Oczywiście, że chciałam tę wiedzę, którą posiadam wykorzystać, będąc matką. Tym bardziej, że metoda Montessori jest bliska mojemu sercu, ale także mojemu rozumowi. I wreszcie mam "swój własny materiał" do testowania, czy "to wszystko naprawdę działa" i to od samego już urodzenia. No i zaczęło się... Przeglądanie internetów - tyle przecież na to okazji - spacer, drzemka, karmienie... Kanały na Youtube i konta na Instagramie kreatywnych, świetnie zorganizowanych mam. Piękne dziecięce pokoje, piękne drewniane zabawki. Chcę mieć to wszystko tu i teraz.
No ale od oglądania Instagramów rzeczy same się nie robią... Nagle zobaczyłam, że z kilku powodów ja tak nie potrafię. Po pierwsze - nie mieszkam w swoim domu i nie mogę sobie tu wszystkiego urządzić tak jakbym chciała. Po drugie - nawet jakbym mieszkała w swoim domu - to ja po prostu nie umiem tego zrobić, potrzebowałabym pomocy. Po trzecie - jestem wrogiem rzeczy - boję się, że pod nimi zginę, więc każda nowa zabawka, czy "materiał" staje się dla mnie problemem. No i tu pojawia się po czwarte - mój syn bardziej interesuje się realnymi przedmiotami niż zabawkami. I jeszcze po piąte - te wszystkie piękne materiały Montessori i kreatywne zabawki są bardzo drogie.
Czas mija, pojawiła się córeczka. Mój synek rośnie i rozwija się, nawet wtedy kiedy nie organizuję mu pięciu kreatywnych zabaw na dzień i mimo tego, że nie ma różowej wieży i materiału perłowego. A ja żyję sobie z nimi, obserwuję, trochę nadal podglądam w internetach, trochę czytam i szukam własnej drogi, która da nam wszystkim radość, ale mnie nie wykończy.
Najczęściej jest tak, że mój dwulatek czymś się zafascynuje i ja zastanawiam się, jak mu umożliwić głębsze zajęcie się tym przedmiotem. Na przykład: widzę, że wylewa wodę za swojej szklanki na talerz (albo w gorszym wypadku stół). No to organizujemy przelewanie: jakaś duża tacka, na niej kilka niewielkich naczyń, szmatka i minimalna ilość wody (zawsze można dolać). Fascynują go klucze, no to dostaje stosunkowo mało ważny klucz od drzwi balkonowych i uczy się wkładać go do zamka. Tak też pojawiła się tytułowa cieciorka: cały czas chce coś "sypać, sypać", jest też faza na sztućce. To w takim razie miseczki, łyżeczka i trochę suchej cieciorki. Wszystko włożyłam do foremki do pieczenia z braku pięknej drewnianej tacki. Za pierwszym razem przesypywał chyba z dwadzieścia minut, bez żadnych strat. Za drugim razem domagał się garnka i pokrywki, bo chciał robić "zupę" (dałam). Za trzecim - cieciorka była już na podłodze całej kuchni. Musimy wymyślić coś nowego...




czwartek, 28 listopada 2019

Dla Tatiany

Tatiana zmarła zeszłej nocy. Dostałam tę wiadomość od Pani od przyrody. Wiedziałam, że jest już bardzo źle. Gorzej niż wtedy, kiedy parę lat temu modliła się za nią cała nasza szkoła. Nie było dnia, kiedy podczas naszej codziennej modlitwy, któryś z uczniów nie powiedziałby: "To jeszcze za panią Tatianę". Wtedy się udało. Wróciła dużo szczuplejsza, trochę jakby przezroczysta, cichsza i słabsza, ale to była ta sama ciepła, uśmiechnięta i pełna życia Tatiana - chociaż tak jakby już zasmakowała Tamtego Świata.

Pierwszy raz spotkałam ją ponad 10 lat temu na bardzo podstawowym kursie metody Montessori w jednym z krakowskich przedszkoli. Ja byłam wtedy studentką, która jeszcze dość nieporadnie rozglądała się po świecie, co w ogóle chce robić w życiu. Tatiana - roześmiana, rozgadana, szczera i otwarta. Wydawało mi się wtedy, że Ona jest po prostu, trochę zakręconą na punkcie metody Montessori i swoich dzieci, mamą.
Potem spotkałam ją kiedy zaczęłam pracować w naszej szkole. Uczyły się u nas jej dzieci (nie cała czwórka, ale każde z nich jakoś się tam "przewinęło"). Ale przede wszystkim Tatiana włożyła ogromną pracę w to, żeby w naszej szkole dzieci mogły się uczyć katechezy Dobrego Pasterza. Były wzloty i upadki, raz szło to lepiej, raz gorzej, ale jej determinacja, entuzjazm i poświęcenie były niezłomne. I to było widać przede wszystkim po naszych uczniach. Po tym jak byli zainteresowani historiami biblijnymi, po ich wrażliwości na czyjeś nieszczęście, po tym jak angażowali się w przygotowania do cotygodniowej Mszy Świętej. A z historii śmiesznych, to do dziś pamiętam, jak mały A. (chyba był wtedy w pierwszej klasie), podczas nieobecności nauczyciela w sali, napisał na tablicy wielkimi literami: PARUZJA ( a nie, że jakieś brzydkie i zakazane słowo).

Tatiano, jest mi bardzo, bardzo przykro, że nie będę mogła Cię pożegnać podczas Twojego pogrzebu. Dlatego to piszę. Cieszę się, że Cię poznałam, chociaż znałam Cię za mało. Teraz dochodzi to do mnie jak mało o Tobie wiem.
Wszystkim Twoim bliskim, a przede wszystkim Twojemu mężowi i dzieciom będzie Cię tutaj ogromnie brakować. Twojego ciepła, Twojej Cierpliwości, Twojej wiary w Dobro.

Dziś słuchaliśmy z moim synkiem wszystkich hitów Arki Noego. Przy tej piosence zobaczyłam Cię jak biegniesz za Nim rozpromieniona do Nieba w swojej długiej spódnicy:

Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Niespokojne czeka wierci się
Kiedy w końcu Ty przytulisz je.
Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem
Że na pewno ty rozpoznasz mnie.

Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.
Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.

Nie jest wcale ciężko kiedy wiem
Że na końcu drogi spotkam Cię.
Chociaż było tyle trudnych dni
Codziennie bliżej Nieba warto żyć.
Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem
Że na pewno ty rozpoznasz mnie.

(Arka Noego "Zabierzesz mnie na drugi brzeg")

piątek, 15 listopada 2019

Dwa lata i dwa miesiące - czy to dużo, czy to mało i co się może w tym czasie wydarzyć...

Nasza nauczycielka języka niderlandzkiego spytała się nas ostatnio, ile czasu jesteśmy już w Hadze. Odpowiedzieliśmy, zgodnie z prawdą, że dwa lata i dwa miesiące. Podsumowała (po holendersku oczywiście, bo tak też się toczyła cała rozmowa): "dwa lata i dwójka dzieci - nieźle..."
Myślę o tym, czy to dużo, czy to mało te dwa lata i czy to dużo, czy to mało dwójka dzieci (chociaż w dwa lata ciężej o więcej, chyba, że mnogie ciąże albo adopcja...) i czy dużo, czy mało zdarzyło się w moim życiu przez ten czas. I nie dochodzę oczywiście do żadnych konstruktywnych wniosków...

Czasem wydaje mi się, że nie dzieje się totalnie nic. Siedzę w domu z synem i z córką w brzuchu: piorę, gotuję, sprzątam, przewijam, wychodzę na spacer, robię zakupy, znowu przewijam, oglądamy książki, sprzątam, znowu przewijam, sprzątam, wieszam pranie, znowu przewijam. I jeszcze to ciągłe bieganie po schodach. W dodatku jestem w Hadze, gdzie tak ogólnie rzecz biorąc jest nudno, zimno, wieje i ciągle pada deszcz i nie mam tu przyjaciół. Ambasador przychodzi z pracy i tak bardzo widzę jak on dalej tam jest (w pracy). I ja z moimi śmiesznymi sprawami, że I. powiedział "dom", że włożył klucz do zamka, że zapomniałam kupić mleka, że kurier przyniósł paczkę, że dzwoniła moja mama. A on ze sprawami wagi państwowej...

Czasami wydaje mi się, że dzieje się wszystko na raz i to bardzo szybko, że życie toczy się właśnie tu i teraz - w Hadze. Siedzę w domu z synem i z córką w brzuchu: piorę, gotuję, sprzątam, przewijam, wychodzę na spacer, robię zakupy, znowu przewijam, oglądamy książki, sprzątam, znowu przewijam, sprzątam, wieszam pranie, znowu przewijam. I jeszcze to ciągłe bieganie po schodach. O! Przyszedł kurier z paczką (uwaga, żeby się nie zabić na schodach), ale fajnie, oglądniemy ją sobie z I. O! Muszę już jechać do położnej i posłuchać jak bije serce młodej damy. O! Mama dzwoni, ale fajnie, dawno nie rozmawiałyśmy. O! Akurat przestało padać, to pójdziemy z I. na plac zabaw. O! Młody zasnął, mogę poczytać, albo się przespać (cudownie). O! Mam ochotę na coś słodkiego, chyba coś upiekę. O! Dziś Ambasador wróci trochę wcześniej, może zapali w kominku, może weźmie I. na dodatkowy wieczorny spacer... 

Jemy razem kolację. Opowiadamy każdy o swoim dniu. Te relacje są tak różne i tak od siebie odległe, jak tylko mogą być. Ale jest nam dobrze razem tu i teraz w tym co mamy i co przynosi każdy dzień. Choć czasem ciężko, czasem dla mnie zbyt nudno, czasem dla niego zbyt intensywnie. Dwa lata i dwa miesiące. Szybko to leci.



poniedziałek, 5 marca 2018

grudzień w marcu

Jako że naprawdę długo nic nie pisałam, siłą rzeczy nie napisałam nic w grudniu zeszłego roku. Tematu na chwilę obecną i brakuje, więc cofnę się do grudnia, żeby opowiedzieć trochę o Świętym Mikołaju. Do następnego grudnia daleko i opowieść ta nie będzie czekać tak długo, a może ktoś w okolicy 6 grudnia 2018 roku ją odkopie i do czegoś go ona zainspiruje.
Wszystko zaczęło się od tego, że zostałam poproszona o pomoc w organizacji przedświątecznego wieczoru dla dzieci ze szkół polonijnych w Ambasadzie. Różne są historie tych dzieci - jedne pochodzą z całkiem polskich rodzin, inne z rodzin polsko-holenderskich, jedne mówią świetnie po polsku i znają doskonale polskie tradycje, inne są wychowywane w tradycjach holenderskich. W Holandii bardzo hucznie obchodzi się dzień Świętego Mikołaja, nazywanego tutaj Sinter Klas. Przypływa on na statku z Hiszpanii 5 grudnia wieczorem. Tego wieczora całe holenderskie rodziny siadają do uroczystych kolacji i obdarowują się prezentami. Moim pomysłem na ten kawałek popołudnia, który miałam spędzić z co najmniej pięćdziesiątką dzieci w Ambasadzie było porozmawianie o tradycjach w Polsce i w Holandii, ale też przybliżenie im osoby Świętego Mikołaja, właśnie jako świętego. Dzieci, jak już napisałam, było sporo, więc nie mogłam liczyć na swobodną rozmowę i wymianę zdań. Postanowiłam, więc zacząć od opowieści, którą stworzyłam, inspirując się opowiadaniem Zofii Kossak-Szczuckiej Pierwsze dary Świętego Mikołaja. W trakcie opowiadania wykorzystałam mapę - żeby pokazać dzieciom skąd dokładnie pochodził Mikołaj oraz zdjęcia z tamtych terenów i ikony przedstawiające Świętego. Musze powiedzieć, że właściwie pięćdziesiąt dzieci w różnym wieku (od lat 5 do około 14) słuchało z uwagą opowieści, a potem mogliśmy jeszcze wymienić zdania na temat różnych legend, zwyczajów i tradycji. 
Poniżej wklejam moją wersję opowieści. Może komuś w się przyda za 10 miesięcy.

Bardzo dawno temu, bo ponad 1700 lat temu w mieście o nazwie Patara żyło pewne małżeństwo. Patara to miasto, po którym dziś zostały już tylko ruiny (zdjęcie), leży ono na terenie dzisiejszej Turcji (mapa). Wróćmy do naszego małżeństwa. Byli to już starsi i bardzo bogaci ludzie. Właściwie mieli wszystko co chcieli : piękny, duży dom z widokiem na błękitne morze, służących, ładne i drogie przedmioty i pyszne jedzenie - tyle ile chcieli. Ale jednak nie byli szczęśliwi. Nie byli szczęśliwi, bo nie mieli z kim podzielić się tym bogactwem. Nie mieli dzieci. Jako że byli bardzo pobożnymi ludźmi, to postanowili, że będą ze wszystkich swoich sił modlić się do Boga o upragnione dziecko. I rzeczywiście, po jakimś czasie kobieta urodziła syna. Nazwali go Mikołaj. Chłopiec dorastał za murami wielkiego domu, miał wszystko czego zapragnął, ale mimo to czuł się bardzo samotny. Często wyglądał przez okno i obserwował bawiące się na ulicy dzieci biednych rybaków i handlarzy. Nie mógł do nich dołączyć, bo to nie wypadało - jak mówili rodzice. Mikołaj wyrósł na nieśmiałego i milczącego młodzieńca. Dużo czytał i dużo się modlił. Pytał Boga co ma zrobić ze swoim życiem, które wydawało mu się nudne i nikomu niepotrzebne.
Pewnego wieczora przechadzał się po  mieście i usłyszał odgłosy jakiejś awantury. Poszedł w stronę, z której dochodziły krzyki. Okazało się że trójka dzieci z jego sąsiedztwa próbowała podkraść placki pszenne z oliwą piekarzowi sprzedającemu je na ulicy. Wściekły piekarz pogonił głodne, wychudzone dzieciaki, które z płaczem wróciły do domu. Ich ojciec pracował w kamieniołomie. Nie był w stanie zapewnić im pod dostatkiem jedzenia.
Mikołaj przyglądał się z daleka tej scenie. Było mu bardzo żal dzieciaków z sąsiedztwa, ale był zbyt nieśmiały żeby stanąć w ich obronie. Jednak w jego głowie powstała pewna myśl. Podszedł do piekarza i wykupił wszystkie placki, które tamtemu jeszcze zostały. Zaniósł je do domu i schował. Tej nocy Mikołaj nie położył się spać. Odczekał aż zrobiło się całkiem ciemno i wszyscy w jego domu zasnęli, a miasto całkowicie ucichło. Podzielił placki, które kupił na trzy równe części i zrobił z nich trzy pakieciki. Dorzucił do każdego pakietu jeszcze kilka fig i daktyli. Zarzucił na siebie płaszcz z kapturem, wziął trzy paczuszki i bardzo cicho wymknął się z domu. Zakradł się pod okno sąsiedniego domu. W tamtych czasach ludzie nie mieli jeszcze w oknach szyb, więc Mikołaj z łatwością wrzucił trzy paczuszki do środka i uciekł. 
Następnego dnia z ukrycia obserwował dzieci, jak po przebudzeniu znalazły paczuszki koło swoich posłań. Nie mogły uwierzyć, że mogą zjeść wszystkie placki, jakie dostały i nie miały pojęcia kto sprawił im taki piękny prezent. Mikołaj po tym co zrobił poczuł, że jest to coś dobrego i że właśnie tym powinien się zająć. Zaczął wymykać się każdej nocy z domu. Zawsze ubierał ten sam płaszcz z kapturem, zawsze wyszukiwał najbiedniejsze rodziny i wrzucał przez okno różne prezenty: zbożowe placki, orzechy, bakalie.
Raz zdarzyło mu się nawet zrobić dużo większy prezent. Niedaleko jego domu mieszkał człowiek, który miał trzy dorosłe już córki. Człowiek ten stracił cały majątek i był tak załamany, że postanowił sprzedać swoje córki jako niewolnice. Nikt bowiem nie chciał ich poślubić, jeśli nie posiadały żadnego majątku. Mikołaj stwierdził, że nie może do tego dopuścić i pod osłoną nocy wrzucił przez okno tego domu trzy sakiewki ze złotymi monetami. Dzięki temu trzy dziewczyny mogły wyjść za mąż i nie zostały sprzedane do niewoli.
Kiedy rodzice Mikołaja zmarli, on rozdał ubogim cały swój odziedziczony po nich majątek. Żył bardzo skromnie i nadal wiele się modlił.
Był tak dobry i pobożny, że wybrano go na biskupa w mieście Mira (niedaleko miejsca gdzie mieszkał). To oznacza, że był takim szefem kościoła w tamtych okolicach. Dzięki tej pozycji mógł nadal pomagać wielu, wielu ludziom. Był tak dobry i hojny, że ludzie pamiętali o nim jeszcze długo po tym jak umarł i opowiadali o nim historie swoim dzieciom, a ich dzieci swoim dzieciom. I tak powstała legenda o świętym Mikołaju.



poniedziałek, 26 lutego 2018

Przemyślenia znad grobu Marii Montessori - pożegnania i powroty


Nie jest łatwo wracać po tak długim czasie niepisania. Za to usprawiedliwić się łatwo: totalne zmiany w każdej dziedzinie życia, które tak zaangażowały mnie zarówno emocjonalnie jak i fizycznie, że pozwoliłam blogowi wisieć odłogiem w sieci. Myślałam, że wcale do niego nie wrócę, bo nie bardzo mam o czym opowiadać. Ale okazuje się (cóż za odkrycie!), że nie jest tak łatwo się oderwać od ważnych dla nas rzeczy. No krąży za mną gdzieś cały czas ta Maria Montessori, pojawiają się moi uczniowie we wspomnieniach, w telefonie - koleżanki z (tak,tak) byłej pracy, naokoło holenderskie uśmiechnięte i zdrowe dzieci na rowerach, na bagażnikach rowerów lub w przyczepach i skrzynkach doczepionych do rowerów, ewentualnie - na placach zabaw albo boiskach. Ostatnio w muzeum zamiast podziwiać "Straż nocną" Rembrandta, to przyglądałam się jak pani prowadzi lekcję muzealną dla grupy dzieci w wieku podstawówkowym. Choroba... i już.
I tak to wczoraj ten nauczycielski, jaskółczy niepokój zawiódł mnie na grób Marii Montessori do niewielkiego holenderskiego miasteczka Noordwijk. Pomyślałam sobie, że to przecież nie byle co, że mieszkam teraz w kraju, w którym Maria Montessori jest pochowana i w dodatku mogę dojechać do tego miejsca w pół godziny. Wniosków na razie nie mam zbyt wiele. Ale niepokój postanowiłam, chociaż częściowo, skatalizować poprzez powrót tutaj. Mam nadzieję, że historie się będą pojawiać i będzie o czym pisać, choć może to nie być tak dynamiczne jak klasowe opowieści.
Ale zawsze przecież można wrócić do przeszłości. I teraz właśnie to zrobię, żeby opowiedzieć co było absolutnie najcudowniejsze z całego wzruszającego, smutnego i jednocześnie wesołego pożegnania z moją byłą pracą. 
Zakończenie roku szkolnego zawsze wiąże się z emocjami - wiadomo... bo ktoś odchodzi, ktoś przychodzi, bo wakacje, bo świadectwa, nagrody, kwiaty, przedstawienia, rodzice, babcie, dziadkowie - no naprawdę dzieje się w ten dzień dużo. Ja w moje siódme i, jak na razie, ostatnie zakończenie roku szkolnego byłam podekscytowana pewnie sto razy bardziej niż niejeden pierwszak. Po pierwsze mieliśmy z panem M. (reżyserem) przygotowane świetne, ale bardzo ambitne przedstawienie na podstawie książki Astrid Lindgren Mio mój Mio. I jeszcze w dodatku z dość chałupniczym nagłośnieniem, do którego dzieci w ogóle nie były przyzwyczajone... No! Ale, muszę powiedzieć, że jak zwykle poszło dobrze. Chociaż pewnie nie każdy wszystko usłyszał i nie każdy zrozumiał wszystkie wymyślone przez nas symboliczne i bardzo głębokie sceny. Jednak, ogólne wrażenie było dobre, przesłanie chyba do większości widowni dotarło i dostaliśmy gorący aplauz. Ale to było dla mnie jeszcze nic, bo nagle na scenę, całkiem niespodziewanie wyszła cała masa moich byłych uczniów, którzy teraz są już naprawdę duzi i rosną coraz więksi. I okazało się, że przygotowali dla mnie specjalne przedstawienie - była to inscenizacja do wiersza ich autorstwa opowiadającego o tym jak zgubiłam swoje okulary (opowieść miała wiele wątków i bohaterów, na szczęście zakończyła się pomyślnie). A na sam koniec wszystkie te dzieci zaśpiewały piosenkę, którą wykorzystaliśmy do naszego pierwszego przedstawienia z panem M. Aranżację muzyczną do wiersza Danuty Wawiłow Szybko stworzyła wtedy Pani M. I to był wtedy prawdziwy hit. Poważnie! I oni teraz wszyscy się tego nauczyli i jedna uczennica nawet się nauczyła akompaniamentu i po prostu to zaśpiewali dla mnie i dla Pani M., która odchodziła też w tym samym czasie na urlop. To była naprawdę duża rzecz. A potem spotkała mnie jeszcze jedna, niby całkiem mała, a jaka duża... Może niektórzy pamiętają jeszcze ten tekst:
https://proszepani.blogspot.nl/2014/01/may-ale-porzadny.html
A więc jak już wszyscy schodzili ze sceny i ja się z nimi ściskałam i im dziękowałam, to bohater tamtego tekstu - miłośnik małych przedmiotów, wręczył mi taki mini ołówek na pamiątkę...
I chyba tyle będzie na dzisiaj tych sentymentalnych kawałków.

Szybko
Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj!
Szybko, szybko, stygnie kawa! 
Szybko, zęby myj i ręce! 
Szybko, światło gaś w łazience! 
Szybko, tata na nas czeka! 
Szybko, tramwaj nam ucieka! 
Szybko, szybko, bez hałasu! 
Szybko, szybko, nie ma czasu! 

Na nic nigdy nie ma czasu? 

A ja chciałbym przez kałuże 
iść godzinę albo dłużej, 
trzy godziny lizać lody, 
gapić się na samochody 
i na deszcz, co leci z góry, 
i na żaby, i na chmury, 
cały dzień się w wannie chlapać 
i motyle żółte łapać 
albo z błota lepić kule 
i nie spieszyć się w ogóle... 

Chciałbym wszystko robić wolno,
ale mi nie wolno? 


(Danuta Wawiłow)

piątek, 2 grudnia 2016

L4 i Jezuici na Kozłówku

Choroba mnie dopadła, mimo że dzielnie przed nią uciekałam i przez chwilę nawet udawałam, że wcale nie jestem chora. Ale mój organizm osiągnął to czego chciał. Chciał wreszcie posiedzieć w domu. Zgodziłam się. Siedzę razem z nim. Dzięki temu mam więcej czasu na przemyślenia. Może nawet powraca nieco entuzjazmu do mojej pracy - jak wiadomo łatwiej wykrzesać z siebie ten entuzjazm, siedząc w domu...
Ale dziś  nie będzie o mojej szkole. Będzie o szkole, którą zwiedziłam w zeszłą sobotę i nadal pozostaję pod jej dużym wrażeniem.
Zacznę od tego, że w październiku rozpoczęłam studia podyplomowe z Organizacji i Zarządzania w Oświacie. Jeszcze nie do końca wiem dokąd mnie ta decyzja zaprowadzi, ale na razie studiuję i mam się z tym dobrze, bo wreszcie mogę siedzieć i słuchać, a nie muszę: organizować, wymyślać, opowiadać, pokrzykiwać, przeliczać, ustawiać w pary i przeliczać jeszcze raz.
W ramach tych właśnie studiów mieliśmy zajęcia z ojcem Pawłem Brożyniakiem Jezuitą, który jest obecnie dyrektorem gimnazjum im. Stanisława Kostki przy ul. Spółdzielców w Krakowie (tzw. Kostka). Ojciec zaprosił nas na  zajęcia do swojej szkoły. Spędziłam tam więc całą ostatnią sobotę.
Jezuici przejęli tę szkołę pięć lat temu, kiedy byłą w stanie całkowitego rozkładu i upadku. Miała być zamknięta. Ojciec Brożyniak podjął się niełatwego zadania uratowania szkoły i to co zdołał z nią zrobić w ciągu pięciu lat naprawdę nie mieści się w głowie. Po pierwsze trzeba wiedzieć, że okolica, w której znajduje się szkoła nie jest okolicą ciekawą, a już na pewno nie prestiżową. Tak zwany Kozłówek jest końcem świata, osiedlem kojarzącym się z zakapturzoną młodzieżą ćmiącą, w najlepszym wypadku, papierosy pod blokiem. Ojciec Brożyniak chciał, aby szkoła której został dyrektorem-menadżerem była nadal szkołą rejonową. Wydaje mi się, że była to kluczowa decyzja, bo dzięki temu nie stworzył elitarnej jezuickiej szkoły "za murem", odgradzającej się od środowiska tylko na to środowisko się otworzył i dał szansę dzieciom z okolicy, żeby mogły chodzić do naprawdę niezwykłej szkoły.
Mieliśmy okazję dokładnie zwiedzić budynek i oczywiście infrastruktura robi wrażenie mimo, że budynek to klasyczny budynek szkolny z lat 70-tych. Korytarze są jasne i czyste, nie obwieszone nadmiarem plakatów, drzwi do sal i gabinetów przeszklone (o. Brożyniak: "Ważna jest przejrzystość! Żeby było widać jak ludzie pracują. Jak ktoś krzyczy, to niech będzie widać, że krzyczy"). W szkole są bardzo profesjonalne pracownie chemiczna i fizyczna, dwie sale językowe, pracownia plastyczna oraz muzyczna ze specjalnym wytłumieniem i zestawem perkusyjnym, świetna w bardzo prosty sposób urządzona stołówka, a na zewnątrz ogród, w którym uczniowie uprawiają własne warzywa (we współpracy z Uniwersytetem Rolniczym). Zachwyciła mnie biblioteka z czytelnią i kuchnia, w której uczniowie mogą piec i gotować. No i jako nauczycielkę zachwycił mnie pokój nauczycielski - dwa przestronne pomieszczenia - jedno do pracy, drugie do relaksu i integracji. Jest też mała sala konferencyjna specjalnie dla dzieci - może w niej obradować samorząd, albo grupa, która zajmuje się jakimś specjalnym projektem. Wszystko to jest piękne, nowoczesne i było bardzo drogie, ale nie miałoby żadnego sensu, gdyby nie szła za tym myśl dyrekcji (drugi dyrektor od spraw nadzoru pedagogicznego - pan Józef Rostworowski). A ta myśl wyraża wielki szacunek do ludzi, z którymi i dla których pracują: do uczniów, ich rodziców, nauczycieli i wszystkich pracowników szkoły. Wiele rozwiązań w tej szkole jest podyktowana właśnie tym szacunkiem - myślą, że: pani woźna też musi się dobrze czuć w szkole i chce mieć sprzęt do sprzątania na każdym piętrze, że nauczyciel chce mieć spokojne miejsce, w którym może sprawdzać testy, że mama któregoś z uczniów chce być pewna, że do  szkolnej szafki jej syna zmieszczą się śniegowce, że uczeń, któremu w domu odcięli ogrzewanie może liczyć w szkole na zupę i kromkę z masłem orzechowym...
Usłyszeliśmy sporo historii. Historii podnoszących na duchu i dodających odwagi. Opowiem jedną. Chyba dwa lata temu grupa uczniów miała pomysł na przedstawienie teatralne. Chcieli, żeby było bardzo profesjonalne i potrzebowali pieniędzy na jego realizację i miejsca, aby je wystawić. W tym mniej-więcej czasie przyjechał jeden z amerykańskich sponsorów, aby zwiedzić szkołę. Podobno ten pan powiedział już wcześniej ojcu Brożyniakowi, że dał mu wystarczającą ilość pieniędzy i na tym kończy się jego dobroczynność, ale chce zobaczyć do czego się dołożył. Po szkole oprowadziła go ta własnie grupa teatralna i za namową dyrektora uczniowie opowiedzieli Amerykaninowi o swoich scenicznych marzeniach. Parę tygodni później nadszedł czek z Ameryki. Pieniędzy wystarczyło na wynajęcie Teatru Słowackiego. Podobno sporo ludzi mówiło ojcu, że to wyrzucanie pieniędzy, bo można by je wydać w lepszy sposób, a wynająć mniej prestiżowy teatr. Ale po oglądnięciu przedstawienia, które było połączone z galą końcoworoczną nikt już tak nie mówił. Wszyscy zgodnie twierdzili, że było to warte każdych pieniędzy, żeby zobaczyć te dzieciaki na scenie Teatru Słowackiego. Tu link do krótkiego filmu z tego wydarzenia: https://www.youtube.com/watch?v=KPed9IGegAk

To dobrego dnia!

sobota, 15 października 2016

chwilowa niedyspozycja...

Nadal jestem nauczycielką, nadal w tej samej szkole, nadal mam cudownych uczniów, którzy na każdym kroku mnie zaskakują, wzruszają albo denerwują, nadal mam wspaniałe koleżanki i kolegów w pracy, nadal uważam, że Maria Montessori była geniuszem i miała niesamowitą intuicję pedagogiczną. Ale chyba jestem zmęczona...
Trochę to niepokojące, zwłaszcza, że jest październik, a nie czerwiec... Ale widocznie nie da się mieć nieprzerwanie tej samej werwy i entuzjazmu w sobie. Tak więc chodzę do pracy i badam każdego dnia mój poziom zaangażowania i wewnętrznego entuzjazmu.
Jak będzie wyższy, to wrócę tutaj z nową energią i nowymi opowieściami.

sobota, 23 lipca 2016

sześć lat

Sześć lat to niby nie jest żadna okrągła rocznica. Nie wiem czy to dużo, czy mało... Ale jest to czas, w którym moi pierwsi uczniowie zdążyli skończyć podstawówkę. Jest to czas, w którym ja - z bardzo zestresowanej i nieświadomej co mnie czeka, młodej nauczycielki zaraz po studiach - stałam się nieco mniej zestresowaną, bardziej świadomą tego co robi i kochającą swój zawód nauczycielką.

I nie zamieniłabym na nic innego tych sześciu lat z mojego życia. Praca z tymi małymi ludźmi, a może zwłaszcza z ich rodzicami jest trudna. Czasem jest bardzo trudna. Ale ile nowych światów się przed Tobą otwiera! Moja zdolność do słuchania, zdolność obserwacji, kreatywność, inteligencja emocjonalna, cierpliwość, otwartość, wyrozumiałość rozwinęły się w sposób niewyobrażalny, co nie było do końca ode mnie zależne. I mam ochotę iść  w to dalej, i czuję dreszczyk emocji kiedy myślę o mich nowych uczniach i kiedy myślę o tych co już poszli dalej - kim będą w przyszłości; i kiedy opowiadam komuś o swojej pracy to trudno jest mi skończyć.
I bardzo się cieszę z długich wakacji!

A na koniec mała historyjka:

Miałam takiego bardzo poważnego ucznia B., który w tym roku skończył trzecią klasę, czyli musieliśmy się pożegnać. Wspominałyśmy z panią M. jak zaczynał uczyć się pisać pisanymi literami. Umiał już wtedy bardzo dobrze czytać i chciał pisać poważne teksty, a nie ćwiczyć pojedyncze litery, gdyż uważał to za zajęcie uwłaczające... Pisał więc po śladzie teksty, które przepisywałyśmy dla niego z wybranych książek, albo które nam sam podyktował. W którymś momencie pani M. się zbuntowała i powiedziała B., że powinien już zacząć pisać samodzielnie, bo nie mamy tyle czasu, żeby mu przepisywać te teksty i nawet jeśli jego pismo nie będzie idealnie równe, to powinien zmierzyć się z tym tematem. B. nachmurzył się, właściwie to trochę się obraził i oddalił, żeby przemyśleć tę sprawę. Po jakimś czasie przyszedł do pani M. i oświadczył, że 25 lutego zacznie pisać sam. I jak powiedział, tak zrobił. A oto kartka, którą dostałam od niego na zakończenie roku:



Dobrych wakacji!

sobota, 11 czerwca 2016

zapraszam

Po raz trzeci organizujemy w naszej szkole bardzo miłą, kameralną konferencję, podczas której poruszamy tematy związane z pedagogiką Montessori. A przede wszystkim tematy, które nas poruszają i które chcemy zgłębiać, żeby wciąż na nowo uczyć się jak najlepiej towarzyszyć naszym uczniom. Tym razem tematem przewodnim jest pedagogika inkluzji, czyli włączania.

Będą goście. Goście ze Stanów Zjednoczonych (plon mojej wyprawy) i nasi zaprzyjaźnieni nauczyciele ze szkoły Montessori w Niemczech w Erfurcie.

Bardzo serdecznie zapraszam!
Szczegółowy program i zapisy tutaj:
http://www.ziarnko-maku.pl/kursy1/kursy-aktualne/lam-letnia-akademia-montessori/


niedziela, 5 czerwca 2016

trochę o spaniu w szkole i nauce w domu

Wczoraj: po piątkowym wieczorze poetyckim, po wieczornym berku na przyszkolnej łące, po nocy spędzonej w śpiworze na klasowym dywanie, po nocnych wędrówkach naszych uczniów do łazienki, po przesikanym śpiworze, po dyskusjach z chłopcami o 4 rano (że może by jednak jeszcze położyli się na dwie godziny); stałyśmy z panią M2 na słonecznym szkolnym podwórku. Zmęczone jak po jakiejś imprezie z dawnych lat, ale zadowolone. Rozmawiałyśmy z tatą jednej z uczennic, który stwierdził, że majowe i czerwcowe weekendy są tak intensywne, że on już czeka na poniedziałek, żeby mógł sobie normalnie iść do pracy... Nasza intensywna czerwcowa sobota dopiero co się zaczynała, bo miałyśmy jeszcze przed sobą trzy godziny egzaminowania dzieci z edukacji domowej. Na szczęście pani M. zaprosiła nas do siebie na kawę i truskawki w swoim miłym ogrodzie, co dodało nam sił.
Potem spędziłam trzy godziny z dziećmi, które uczą się w domu i byłam pod dużym wrażeniem. W tym czasie wysłuchałam dwóch koncertów skrzypcowych - zagrali dla mnie ośmiolatkowie. Obaj uczą się grać metodą Suzuki - jeden od 6 lat, a drugi od 4. Nie dość, że grają pięknie, to jeszcze w dodatku chętnie, z entuzjazmem i bez stresu. Oglądnęłam mnóstwo wspaniałych prac plastycznych. Wysłuchałam historii o odwiedzanych muzeach, o koncertach, o wyprawach z tatą na ryby i o przeczytanych książkach. Miałam do czynienia z dziećmi, które nie są znudzone nauką, są ciekawe świata, a przede wszystkim chętnie pokazują swoje dzieła, są z nich dumne i chcą o nich opowiadać.

Nie jest łatwo uczyć dzieci w domu. Z mojego punktu widzenia jest to wręcz heroiczna decyzja. Ale po wczorajszej sobocie, intensywnie spędzonej z tymi dziećmi, na pewno lepiej taką decyzję rozumiem. 

czwartek, 26 maja 2016

Witaj złotooku!

źródło: http://plfoto.com/, autor: Tosi

Owad z powyższego zdjęcia zawitał ostatnio do mojego mieszkania i mimo, że widziałam takie owady już niezliczoną ilość razy w moim życiu, to dopiero teraz mogłam przywitać go tym okrzykiem. Okrzykiem: "Witaj złotooku!". Mogłam to zrobić za sprawą tygodnia przyrodniczego, który odbył się w naszej szkole na początku maja, a tematem przewodnim były właśnie owady.

Razem z naszymi uczniami odkrywaliśmy ich niezwykły świat. Zaczęliśmy tydzień prostą, ale pełną treści i humoru prezentacją o owadach, którą przygotowała Pani Od Przyrody. Dzięki tej prezentacji już wiemy, że owadów w żadnym razie nie należy nazywać robalami i że każdy owad ma sześć odnóży, więc pająki oczywiście nie są owadami. Następnego dnia czekały nas kolejne niezwykłe przygody... Na przykład warsztaty zorganizowane przez Pana Od Historii. Opowiedział nam o tym jak w starożytności używano glinianych naczyń wypełnionych pszczołami jako amunicji przy oblężeniu miast. Konstruowaliśmy sami takie pociski - robiliśmy pszczoły z orzechów włoskich i wrzucaliśmy je do glinianych doniczek, które następnie zaklejaliśmy taśmą. Kolejny dzień spędziliśmy we wspaniałym muzeum motyli w Bochni. Jego właściciel to prawdziwy pasjonat - kolekcjoner, któremu nie jest straszna grupa pięćdziesięciu żądnych wiedzy dzieci. Oprowadził nas po swoim królestwie, opowiadając mnóstwo ciekawych historii o motylach i pokazując przeróżne ciekawe okazy. Potem gościliśmy w szkole grupę pszczelarzy, którzy przynieśli do szkoły pszczoły za szybką, małe stroje pszczelarskie w liczbie chyba dwadzieścia (żeby się dzieci mogły poprzebierać) oraz miód i pyłek kwiatowy. A zakończyliśmy w piątek wystawą projektów, nad którymi dzieci pracowały, kiedy akurat nie oglądały pszczół i motyli ani nie degustowały miodu.
Cała akcja bardzo udana! Zainteresowanie owadami wzrosło zarówno u dzieci jak i u nauczycieli. A następnego tygodnia gościliśmy na naszym podwórku bardzo ekskluzywny rój pszczół, który postanowił widocznie przylecieć na podwórko szkoły, w której coś się o owadach wie... I znajomy pszczelarz tym to sposobem się obłowił...














niedziela, 8 maja 2016

ewakuacja z tramwaju

W ostatni piątek - miły i słoneczny - pojechaliśmy z samego rana na drugi koniec Krakowa do Ogrodu Doświadczeń. Wszyscy zdążyli (a zbiórka była o 7.30) i dojechaliśmy na czas. Co prawda na miejscu mieliśmy problemy z kartą płatniczą i z pomyłką w przydzieleniu grup na warsztaty, ale poza tym wszystko udało się wybornie. Ja towarzyszyłam grupie młodszych dzieci. Najpierw mieliśmy krótkie warsztaty geologiczne. Jest tam miejsce gdzie stoi kilka naprawdę dużych skał, naokoło których dzieci mogą stanąć i dotykać ich do woli. Drugoklasista M. z grupy Niedźwiedzi, przytulił się do jednej ze skał i powiedział z rozmarzeniem w głosie: Gdyby on cały był mój...
Potem w przyspieszonym tempie zwiedziliśmy resztę parku, bo niestety nasz przewodnik musiał spieszyć do kolejnej grupy. Ale na koniec była atrakcja specjalna - lody! Nie jest to takie znowu częste wydarzenie dla naszych uczniów, bo zawsze podczas wycieczek szerokim łukiem omijamy sklepiki z pamiątkami i kioski ze słodyczami. Ale tym razem dzień wcześniej specjalna delegacja dzieci powiedziała nam o tych bardzo wyjątkowych lodach, które są tam sprzedawane, no więc były nawet lody.
Lecz, tak naprawdę, największą atrakcją nie były te lody, tylko wykolejony tramwaj, co spotkało nas na sam koniec wycieczki. Jechaliśmy już do szkoły. Cieszyłyśmy się z panią M. tym, że tramwaj jest bezpośredni i w dodatku w miarę pusty. A tutaj około czterech przystanków przed szkołą - stoimy. I stoimy i dalej stoimy... Drzwi się otwierają i trzeba się ewakuować. Miejsce ciekawe (dla tych co się orientują: przy ul. Dietla): z jednej strony płotek przytorowy, z drugiej ściana tramwaju i przed nami około pięć tramwajów, bo nie wykoleił się nasz tylko jakiś z przodu. Tak więc bardzo elegancko, gęsiego przeszliśmy wraz z wszystkimi innymi ludźmi wzdłuż tych pięciu tramwajów i szczęśliwie dotarliśmy na przystanek, z którego jechały już tramwaje w stronę naszej szkoły. Niby mała, zwykła przygoda, ale z ponad czterdziestką dzieci nabiera kolorytu. No i myślę, że oni zapamiętają z tej wycieczki przede wszystkim to przeciskanie się wzdłuż płotu i ciągu tramwajów.

sobota, 23 kwietnia 2016

wiosenne wyprawy

Wiem, że dawno nie pisałam... ale tak to już jest jak się przyjeżdża po pół roku i nagle ma się mnóstwo pracy i wieczorem jest się tak zmęczonym, że ciężko nawet wygospodarować te 15 minut na opowiedzenie  o tej pracy, w której codziennie spotyka mnie coś ciekawego.
W ostatnim czasie wybrałyśmy się z panią M. i naszymi uczniami na dwie wiosenne wyprawy - jedną szarą, lekko mglistą i dżdżystą, a drugą zielono-białą i słoneczną. Miesiąc temu wyruszyliśmy jak prawdziwa ekipa badawcza do pobliskiego lasku, żeby poszukać śladów rozpoczynającej się wiosny. Dzieci były zaopatrzone w aparaty, lupy i lornetki. Podzieliłyśmy ich na grupy i każda grupa miała za zadanie udokumentować fakt, że wiosna nadchodzi. Wszytko naokoło wydawało się raczej szare i smutne. Ale jak się pogrzebało pod liśćmi, popodnosiło kamienie, przyglądnęło dokładnie gałęziom drzew, to można było znaleźć kiełkujące żołędzie, pączki, bazie, a nawet malutkie kokony motyli. Dzieci zrobiły mnóstwo zdjęć, które potem wspólnie oglądaliśmy i omawialiśmy.
A wczoraj - równo miesiąc później - wróciliśmy na to samo miejsce. Zieleń i biel kwitnących drzew eksplodowała zewsząd. Dzieci też eksplodowały. Zjedliśmy śniadanie w terenie, zorganizowałyśmy im może dwie wspólne zabawy, ale widziałyśmy w nich tę pulsującą energię, która bardzo utrudnia słuchanie, stosowanie się do zasad i ustanie w miejscu. Dostali więc czas na zabawę i po prostu biegali po łące i lesie, doświadczając tej wszechogarniającej, słonecznej wiosny.
Wracaliśmy uśmiechnięci i odświeżeni tą wiosenną wyprawą.
A po południu pani H., która ma z dziećmi malarstwo w czasie świetlicy przyniosła mi taki oto dokument, który zamieszczam poniżej (wiem, że musimy popracować nad zmiękczeniami...).



piątek, 18 marca 2016

umiem robić takie rzeczy

Mnie nie było na początku roku, ale Pani M. powiedziała mi, że ten pierwszoklasista w ogóle nie chciał rysować ani kolorować. Twierdził, że nie potrafi.
W zeszłym tygodniu powstało to dzieło, jako rysunek do listu napisanego do jednego z dzieci z amerykańskiej szkoły (rozpoczęliśmy, na razie bardzo powoli, akcję - korespondencja między uczniami... no nie jest to łatwe wyegzekwować list od każdego...). Kiedy pani od angielskiego skomentowała z zachwytem rysunek, ów pierwszoklasista spojrzał na niego z dumą i powiedział: Noo, umiem robić takie rzeczy!

niedziela, 6 marca 2016

już z Krakowa

Dobrze jest wrócić do miejsca, gdzie na ciebie czekają. A ja właśnie, ponad tydzień temu, do takiego miejsca wróciłam. Mam już za sobą tydzień pracy. I sytuacja wydaje się idealna, bo cieszę się, że na te pół roku wyjechałam, ale też cieszę się, że wróciłam. Trochę się czuję jakby był wrzesień, a tu wakacje już za cztery miesiące...
Moi uczniowie i ci starzy i ci nowi (którzy mnie nigdy na oczy nie widzieli i żyli mitem Pani Jadwigi przez pięć miesięcy) powitali mnie ogromnym, wystawnym śniadaniem. Dostałam listy powitalne, rysunki i kilka własnoręcznie odrysowanych map Ameryki Północnej z zaznaczonym jednym jedynym miastem - Cincinnati. Dobrze spojrzeć z dystansu na swoją pracę, dobrze czasem porównać się z innymi, wypełnić głowę nowymi pomysłami, zatęsknić za uczniami i za tymi, z którymi się na co dzień pracuje. Po powrocie dalej twierdzę, że robimy dobrą robotę, a dzięki takim wyjazdom (nie tylko moim, bo ostatnio pani M. i dwie inne cudowne panie były na tydzień w szkole Montessori w Erfurcie) może być tylko coraz lepiej.

wtorek, 16 lutego 2016

ostatni dzień w Cincinnati. ostatni tydzień przygody

Poranne pożegnanie w szkole. Ostatnia kawa w ulubionym coffeshopie w okolicy. Pakowanie. Zastanawianie się nad tym, czego mogę nie brać z powrotem - pojawiły się w ten sposób dwie siatki ubrań i pokaźna sterta innego dobra "do wydania". A walizka i tak bardziej niż pełna. Wieczorem pożegnalne party. Bo bez party się tu nie obędzie...

To był bardzo dobry czas; ten czas za Oceanem. Przede wszystkim czas na utwierdzenie się w tym, że naprawdę chcę być nauczycielem. Czas otwierania się na ludzi i na wydarzenia. Czas, w którym dostałam od innych wiele, wiele dobrego całkowicie za darmo. Czas poznawania nowych przyjaciół. Czas inspiracji, zachwytów i zbierania nowych pomysłów. Czas poznawania innych punktów widzenia i innych sposobów na życie. Czas na zorientowanie się jak bardzo tęsknię, za kim najbardziej i za czym najbardziej.
Jeszcze parę dni w Nowym Jorku. Jeszcze jedna szkoła na Manhattanie. I już będę z powrotem.