poniedziałek, 5 marca 2018

grudzień w marcu

Jako że naprawdę długo nic nie pisałam, siłą rzeczy nie napisałam nic w grudniu zeszłego roku. Tematu na chwilę obecną i brakuje, więc cofnę się do grudnia, żeby opowiedzieć trochę o Świętym Mikołaju. Do następnego grudnia daleko i opowieść ta nie będzie czekać tak długo, a może ktoś w okolicy 6 grudnia 2018 roku ją odkopie i do czegoś go ona zainspiruje.
Wszystko zaczęło się od tego, że zostałam poproszona o pomoc w organizacji przedświątecznego wieczoru dla dzieci ze szkół polonijnych w Ambasadzie. Różne są historie tych dzieci - jedne pochodzą z całkiem polskich rodzin, inne z rodzin polsko-holenderskich, jedne mówią świetnie po polsku i znają doskonale polskie tradycje, inne są wychowywane w tradycjach holenderskich. W Holandii bardzo hucznie obchodzi się dzień Świętego Mikołaja, nazywanego tutaj Sinter Klas. Przypływa on na statku z Hiszpanii 5 grudnia wieczorem. Tego wieczora całe holenderskie rodziny siadają do uroczystych kolacji i obdarowują się prezentami. Moim pomysłem na ten kawałek popołudnia, który miałam spędzić z co najmniej pięćdziesiątką dzieci w Ambasadzie było porozmawianie o tradycjach w Polsce i w Holandii, ale też przybliżenie im osoby Świętego Mikołaja, właśnie jako świętego. Dzieci, jak już napisałam, było sporo, więc nie mogłam liczyć na swobodną rozmowę i wymianę zdań. Postanowiłam, więc zacząć od opowieści, którą stworzyłam, inspirując się opowiadaniem Zofii Kossak-Szczuckiej Pierwsze dary Świętego Mikołaja. W trakcie opowiadania wykorzystałam mapę - żeby pokazać dzieciom skąd dokładnie pochodził Mikołaj oraz zdjęcia z tamtych terenów i ikony przedstawiające Świętego. Musze powiedzieć, że właściwie pięćdziesiąt dzieci w różnym wieku (od lat 5 do około 14) słuchało z uwagą opowieści, a potem mogliśmy jeszcze wymienić zdania na temat różnych legend, zwyczajów i tradycji. 
Poniżej wklejam moją wersję opowieści. Może komuś w się przyda za 10 miesięcy.

Bardzo dawno temu, bo ponad 1700 lat temu w mieście o nazwie Patara żyło pewne małżeństwo. Patara to miasto, po którym dziś zostały już tylko ruiny (zdjęcie), leży ono na terenie dzisiejszej Turcji (mapa). Wróćmy do naszego małżeństwa. Byli to już starsi i bardzo bogaci ludzie. Właściwie mieli wszystko co chcieli : piękny, duży dom z widokiem na błękitne morze, służących, ładne i drogie przedmioty i pyszne jedzenie - tyle ile chcieli. Ale jednak nie byli szczęśliwi. Nie byli szczęśliwi, bo nie mieli z kim podzielić się tym bogactwem. Nie mieli dzieci. Jako że byli bardzo pobożnymi ludźmi, to postanowili, że będą ze wszystkich swoich sił modlić się do Boga o upragnione dziecko. I rzeczywiście, po jakimś czasie kobieta urodziła syna. Nazwali go Mikołaj. Chłopiec dorastał za murami wielkiego domu, miał wszystko czego zapragnął, ale mimo to czuł się bardzo samotny. Często wyglądał przez okno i obserwował bawiące się na ulicy dzieci biednych rybaków i handlarzy. Nie mógł do nich dołączyć, bo to nie wypadało - jak mówili rodzice. Mikołaj wyrósł na nieśmiałego i milczącego młodzieńca. Dużo czytał i dużo się modlił. Pytał Boga co ma zrobić ze swoim życiem, które wydawało mu się nudne i nikomu niepotrzebne.
Pewnego wieczora przechadzał się po  mieście i usłyszał odgłosy jakiejś awantury. Poszedł w stronę, z której dochodziły krzyki. Okazało się że trójka dzieci z jego sąsiedztwa próbowała podkraść placki pszenne z oliwą piekarzowi sprzedającemu je na ulicy. Wściekły piekarz pogonił głodne, wychudzone dzieciaki, które z płaczem wróciły do domu. Ich ojciec pracował w kamieniołomie. Nie był w stanie zapewnić im pod dostatkiem jedzenia.
Mikołaj przyglądał się z daleka tej scenie. Było mu bardzo żal dzieciaków z sąsiedztwa, ale był zbyt nieśmiały żeby stanąć w ich obronie. Jednak w jego głowie powstała pewna myśl. Podszedł do piekarza i wykupił wszystkie placki, które tamtemu jeszcze zostały. Zaniósł je do domu i schował. Tej nocy Mikołaj nie położył się spać. Odczekał aż zrobiło się całkiem ciemno i wszyscy w jego domu zasnęli, a miasto całkowicie ucichło. Podzielił placki, które kupił na trzy równe części i zrobił z nich trzy pakieciki. Dorzucił do każdego pakietu jeszcze kilka fig i daktyli. Zarzucił na siebie płaszcz z kapturem, wziął trzy paczuszki i bardzo cicho wymknął się z domu. Zakradł się pod okno sąsiedniego domu. W tamtych czasach ludzie nie mieli jeszcze w oknach szyb, więc Mikołaj z łatwością wrzucił trzy paczuszki do środka i uciekł. 
Następnego dnia z ukrycia obserwował dzieci, jak po przebudzeniu znalazły paczuszki koło swoich posłań. Nie mogły uwierzyć, że mogą zjeść wszystkie placki, jakie dostały i nie miały pojęcia kto sprawił im taki piękny prezent. Mikołaj po tym co zrobił poczuł, że jest to coś dobrego i że właśnie tym powinien się zająć. Zaczął wymykać się każdej nocy z domu. Zawsze ubierał ten sam płaszcz z kapturem, zawsze wyszukiwał najbiedniejsze rodziny i wrzucał przez okno różne prezenty: zbożowe placki, orzechy, bakalie.
Raz zdarzyło mu się nawet zrobić dużo większy prezent. Niedaleko jego domu mieszkał człowiek, który miał trzy dorosłe już córki. Człowiek ten stracił cały majątek i był tak załamany, że postanowił sprzedać swoje córki jako niewolnice. Nikt bowiem nie chciał ich poślubić, jeśli nie posiadały żadnego majątku. Mikołaj stwierdził, że nie może do tego dopuścić i pod osłoną nocy wrzucił przez okno tego domu trzy sakiewki ze złotymi monetami. Dzięki temu trzy dziewczyny mogły wyjść za mąż i nie zostały sprzedane do niewoli.
Kiedy rodzice Mikołaja zmarli, on rozdał ubogim cały swój odziedziczony po nich majątek. Żył bardzo skromnie i nadal wiele się modlił.
Był tak dobry i pobożny, że wybrano go na biskupa w mieście Mira (niedaleko miejsca gdzie mieszkał). To oznacza, że był takim szefem kościoła w tamtych okolicach. Dzięki tej pozycji mógł nadal pomagać wielu, wielu ludziom. Był tak dobry i hojny, że ludzie pamiętali o nim jeszcze długo po tym jak umarł i opowiadali o nim historie swoim dzieciom, a ich dzieci swoim dzieciom. I tak powstała legenda o świętym Mikołaju.



poniedziałek, 26 lutego 2018

Przemyślenia znad grobu Marii Montessori - pożegnania i powroty


Nie jest łatwo wracać po tak długim czasie niepisania. Za to usprawiedliwić się łatwo: totalne zmiany w każdej dziedzinie życia, które tak zaangażowały mnie zarówno emocjonalnie jak i fizycznie, że pozwoliłam blogowi wisieć odłogiem w sieci. Myślałam, że wcale do niego nie wrócę, bo nie bardzo mam o czym opowiadać. Ale okazuje się (cóż za odkrycie!), że nie jest tak łatwo się oderwać od ważnych dla nas rzeczy. No krąży za mną gdzieś cały czas ta Maria Montessori, pojawiają się moi uczniowie we wspomnieniach, w telefonie - koleżanki z (tak,tak) byłej pracy, naokoło holenderskie uśmiechnięte i zdrowe dzieci na rowerach, na bagażnikach rowerów lub w przyczepach i skrzynkach doczepionych do rowerów, ewentualnie - na placach zabaw albo boiskach. Ostatnio w muzeum zamiast podziwiać "Straż nocną" Rembrandta, to przyglądałam się jak pani prowadzi lekcję muzealną dla grupy dzieci w wieku podstawówkowym. Choroba... i już.
I tak to wczoraj ten nauczycielski, jaskółczy niepokój zawiódł mnie na grób Marii Montessori do niewielkiego holenderskiego miasteczka Noordwijk. Pomyślałam sobie, że to przecież nie byle co, że mieszkam teraz w kraju, w którym Maria Montessori jest pochowana i w dodatku mogę dojechać do tego miejsca w pół godziny. Wniosków na razie nie mam zbyt wiele. Ale niepokój postanowiłam, chociaż częściowo, skatalizować poprzez powrót tutaj. Mam nadzieję, że historie się będą pojawiać i będzie o czym pisać, choć może to nie być tak dynamiczne jak klasowe opowieści.
Ale zawsze przecież można wrócić do przeszłości. I teraz właśnie to zrobię, żeby opowiedzieć co było absolutnie najcudowniejsze z całego wzruszającego, smutnego i jednocześnie wesołego pożegnania z moją byłą pracą. 
Zakończenie roku szkolnego zawsze wiąże się z emocjami - wiadomo... bo ktoś odchodzi, ktoś przychodzi, bo wakacje, bo świadectwa, nagrody, kwiaty, przedstawienia, rodzice, babcie, dziadkowie - no naprawdę dzieje się w ten dzień dużo. Ja w moje siódme i, jak na razie, ostatnie zakończenie roku szkolnego byłam podekscytowana pewnie sto razy bardziej niż niejeden pierwszak. Po pierwsze mieliśmy z panem M. (reżyserem) przygotowane świetne, ale bardzo ambitne przedstawienie na podstawie książki Astrid Lindgren Mio mój Mio. I jeszcze w dodatku z dość chałupniczym nagłośnieniem, do którego dzieci w ogóle nie były przyzwyczajone... No! Ale, muszę powiedzieć, że jak zwykle poszło dobrze. Chociaż pewnie nie każdy wszystko usłyszał i nie każdy zrozumiał wszystkie wymyślone przez nas symboliczne i bardzo głębokie sceny. Jednak, ogólne wrażenie było dobre, przesłanie chyba do większości widowni dotarło i dostaliśmy gorący aplauz. Ale to było dla mnie jeszcze nic, bo nagle na scenę, całkiem niespodziewanie wyszła cała masa moich byłych uczniów, którzy teraz są już naprawdę duzi i rosną coraz więksi. I okazało się, że przygotowali dla mnie specjalne przedstawienie - była to inscenizacja do wiersza ich autorstwa opowiadającego o tym jak zgubiłam swoje okulary (opowieść miała wiele wątków i bohaterów, na szczęście zakończyła się pomyślnie). A na sam koniec wszystkie te dzieci zaśpiewały piosenkę, którą wykorzystaliśmy do naszego pierwszego przedstawienia z panem M. Aranżację muzyczną do wiersza Danuty Wawiłow Szybko stworzyła wtedy Pani M. I to był wtedy prawdziwy hit. Poważnie! I oni teraz wszyscy się tego nauczyli i jedna uczennica nawet się nauczyła akompaniamentu i po prostu to zaśpiewali dla mnie i dla Pani M., która odchodziła też w tym samym czasie na urlop. To była naprawdę duża rzecz. A potem spotkała mnie jeszcze jedna, niby całkiem mała, a jaka duża... Może niektórzy pamiętają jeszcze ten tekst:
https://proszepani.blogspot.nl/2014/01/may-ale-porzadny.html
A więc jak już wszyscy schodzili ze sceny i ja się z nimi ściskałam i im dziękowałam, to bohater tamtego tekstu - miłośnik małych przedmiotów, wręczył mi taki mini ołówek na pamiątkę...
I chyba tyle będzie na dzisiaj tych sentymentalnych kawałków.

Szybko
Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj!
Szybko, szybko, stygnie kawa! 
Szybko, zęby myj i ręce! 
Szybko, światło gaś w łazience! 
Szybko, tata na nas czeka! 
Szybko, tramwaj nam ucieka! 
Szybko, szybko, bez hałasu! 
Szybko, szybko, nie ma czasu! 

Na nic nigdy nie ma czasu? 

A ja chciałbym przez kałuże 
iść godzinę albo dłużej, 
trzy godziny lizać lody, 
gapić się na samochody 
i na deszcz, co leci z góry, 
i na żaby, i na chmury, 
cały dzień się w wannie chlapać 
i motyle żółte łapać 
albo z błota lepić kule 
i nie spieszyć się w ogóle... 

Chciałbym wszystko robić wolno,
ale mi nie wolno? 


(Danuta Wawiłow)

piątek, 2 grudnia 2016

L4 i Jezuici na Kozłówku

Choroba mnie dopadła, mimo że dzielnie przed nią uciekałam i przez chwilę nawet udawałam, że wcale nie jestem chora. Ale mój organizm osiągnął to czego chciał. Chciał wreszcie posiedzieć w domu. Zgodziłam się. Siedzę razem z nim. Dzięki temu mam więcej czasu na przemyślenia. Może nawet powraca nieco entuzjazmu do mojej pracy - jak wiadomo łatwiej wykrzesać z siebie ten entuzjazm, siedząc w domu...
Ale dziś  nie będzie o mojej szkole. Będzie o szkole, którą zwiedziłam w zeszłą sobotę i nadal pozostaję pod jej dużym wrażeniem.
Zacznę od tego, że w październiku rozpoczęłam studia podyplomowe z Organizacji i Zarządzania w Oświacie. Jeszcze nie do końca wiem dokąd mnie ta decyzja zaprowadzi, ale na razie studiuję i mam się z tym dobrze, bo wreszcie mogę siedzieć i słuchać, a nie muszę: organizować, wymyślać, opowiadać, pokrzykiwać, przeliczać, ustawiać w pary i przeliczać jeszcze raz.
W ramach tych właśnie studiów mieliśmy zajęcia z ojcem Pawłem Brożyniakiem Jezuitą, który jest obecnie dyrektorem gimnazjum im. Stanisława Kostki przy ul. Spółdzielców w Krakowie (tzw. Kostka). Ojciec zaprosił nas na  zajęcia do swojej szkoły. Spędziłam tam więc całą ostatnią sobotę.
Jezuici przejęli tę szkołę pięć lat temu, kiedy byłą w stanie całkowitego rozkładu i upadku. Miała być zamknięta. Ojciec Brożyniak podjął się niełatwego zadania uratowania szkoły i to co zdołał z nią zrobić w ciągu pięciu lat naprawdę nie mieści się w głowie. Po pierwsze trzeba wiedzieć, że okolica, w której znajduje się szkoła nie jest okolicą ciekawą, a już na pewno nie prestiżową. Tak zwany Kozłówek jest końcem świata, osiedlem kojarzącym się z zakapturzoną młodzieżą ćmiącą, w najlepszym wypadku, papierosy pod blokiem. Ojciec Brożyniak chciał, aby szkoła której został dyrektorem-menadżerem była nadal szkołą rejonową. Wydaje mi się, że była to kluczowa decyzja, bo dzięki temu nie stworzył elitarnej jezuickiej szkoły "za murem", odgradzającej się od środowiska tylko na to środowisko się otworzył i dał szansę dzieciom z okolicy, żeby mogły chodzić do naprawdę niezwykłej szkoły.
Mieliśmy okazję dokładnie zwiedzić budynek i oczywiście infrastruktura robi wrażenie mimo, że budynek to klasyczny budynek szkolny z lat 70-tych. Korytarze są jasne i czyste, nie obwieszone nadmiarem plakatów, drzwi do sal i gabinetów przeszklone (o. Brożyniak: "Ważna jest przejrzystość! Żeby było widać jak ludzie pracują. Jak ktoś krzyczy, to niech będzie widać, że krzyczy"). W szkole są bardzo profesjonalne pracownie chemiczna i fizyczna, dwie sale językowe, pracownia plastyczna oraz muzyczna ze specjalnym wytłumieniem i zestawem perkusyjnym, świetna w bardzo prosty sposób urządzona stołówka, a na zewnątrz ogród, w którym uczniowie uprawiają własne warzywa (we współpracy z Uniwersytetem Rolniczym). Zachwyciła mnie biblioteka z czytelnią i kuchnia, w której uczniowie mogą piec i gotować. No i jako nauczycielkę zachwycił mnie pokój nauczycielski - dwa przestronne pomieszczenia - jedno do pracy, drugie do relaksu i integracji. Jest też mała sala konferencyjna specjalnie dla dzieci - może w niej obradować samorząd, albo grupa, która zajmuje się jakimś specjalnym projektem. Wszystko to jest piękne, nowoczesne i było bardzo drogie, ale nie miałoby żadnego sensu, gdyby nie szła za tym myśl dyrekcji (drugi dyrektor od spraw nadzoru pedagogicznego - pan Józef Rostworowski). A ta myśl wyraża wielki szacunek do ludzi, z którymi i dla których pracują: do uczniów, ich rodziców, nauczycieli i wszystkich pracowników szkoły. Wiele rozwiązań w tej szkole jest podyktowana właśnie tym szacunkiem - myślą, że: pani woźna też musi się dobrze czuć w szkole i chce mieć sprzęt do sprzątania na każdym piętrze, że nauczyciel chce mieć spokojne miejsce, w którym może sprawdzać testy, że mama któregoś z uczniów chce być pewna, że do  szkolnej szafki jej syna zmieszczą się śniegowce, że uczeń, któremu w domu odcięli ogrzewanie może liczyć w szkole na zupę i kromkę z masłem orzechowym...
Usłyszeliśmy sporo historii. Historii podnoszących na duchu i dodających odwagi. Opowiem jedną. Chyba dwa lata temu grupa uczniów miała pomysł na przedstawienie teatralne. Chcieli, żeby było bardzo profesjonalne i potrzebowali pieniędzy na jego realizację i miejsca, aby je wystawić. W tym mniej-więcej czasie przyjechał jeden z amerykańskich sponsorów, aby zwiedzić szkołę. Podobno ten pan powiedział już wcześniej ojcu Brożyniakowi, że dał mu wystarczającą ilość pieniędzy i na tym kończy się jego dobroczynność, ale chce zobaczyć do czego się dołożył. Po szkole oprowadziła go ta własnie grupa teatralna i za namową dyrektora uczniowie opowiedzieli Amerykaninowi o swoich scenicznych marzeniach. Parę tygodni później nadszedł czek z Ameryki. Pieniędzy wystarczyło na wynajęcie Teatru Słowackiego. Podobno sporo ludzi mówiło ojcu, że to wyrzucanie pieniędzy, bo można by je wydać w lepszy sposób, a wynająć mniej prestiżowy teatr. Ale po oglądnięciu przedstawienia, które było połączone z galą końcoworoczną nikt już tak nie mówił. Wszyscy zgodnie twierdzili, że było to warte każdych pieniędzy, żeby zobaczyć te dzieciaki na scenie Teatru Słowackiego. Tu link do krótkiego filmu z tego wydarzenia: https://www.youtube.com/watch?v=KPed9IGegAk

To dobrego dnia!

sobota, 15 października 2016

chwilowa niedyspozycja...

Nadal jestem nauczycielką, nadal w tej samej szkole, nadal mam cudownych uczniów, którzy na każdym kroku mnie zaskakują, wzruszają albo denerwują, nadal mam wspaniałe koleżanki i kolegów w pracy, nadal uważam, że Maria Montessori była geniuszem i miała niesamowitą intuicję pedagogiczną. Ale chyba jestem zmęczona...
Trochę to niepokojące, zwłaszcza, że jest październik, a nie czerwiec... Ale widocznie nie da się mieć nieprzerwanie tej samej werwy i entuzjazmu w sobie. Tak więc chodzę do pracy i badam każdego dnia mój poziom zaangażowania i wewnętrznego entuzjazmu.
Jak będzie wyższy, to wrócę tutaj z nową energią i nowymi opowieściami.

sobota, 23 lipca 2016

sześć lat

Sześć lat to niby nie jest żadna okrągła rocznica. Nie wiem czy to dużo, czy mało... Ale jest to czas, w którym moi pierwsi uczniowie zdążyli skończyć podstawówkę. Jest to czas, w którym ja - z bardzo zestresowanej i nieświadomej co mnie czeka, młodej nauczycielki zaraz po studiach - stałam się nieco mniej zestresowaną, bardziej świadomą tego co robi i kochającą swój zawód nauczycielką.

I nie zamieniłabym na nic innego tych sześciu lat z mojego życia. Praca z tymi małymi ludźmi, a może zwłaszcza z ich rodzicami jest trudna. Czasem jest bardzo trudna. Ale ile nowych światów się przed Tobą otwiera! Moja zdolność do słuchania, zdolność obserwacji, kreatywność, inteligencja emocjonalna, cierpliwość, otwartość, wyrozumiałość rozwinęły się w sposób niewyobrażalny, co nie było do końca ode mnie zależne. I mam ochotę iść  w to dalej, i czuję dreszczyk emocji kiedy myślę o mich nowych uczniach i kiedy myślę o tych co już poszli dalej - kim będą w przyszłości; i kiedy opowiadam komuś o swojej pracy to trudno jest mi skończyć.
I bardzo się cieszę z długich wakacji!

A na koniec mała historyjka:

Miałam takiego bardzo poważnego ucznia B., który w tym roku skończył trzecią klasę, czyli musieliśmy się pożegnać. Wspominałyśmy z panią M. jak zaczynał uczyć się pisać pisanymi literami. Umiał już wtedy bardzo dobrze czytać i chciał pisać poważne teksty, a nie ćwiczyć pojedyncze litery, gdyż uważał to za zajęcie uwłaczające... Pisał więc po śladzie teksty, które przepisywałyśmy dla niego z wybranych książek, albo które nam sam podyktował. W którymś momencie pani M. się zbuntowała i powiedziała B., że powinien już zacząć pisać samodzielnie, bo nie mamy tyle czasu, żeby mu przepisywać te teksty i nawet jeśli jego pismo nie będzie idealnie równe, to powinien zmierzyć się z tym tematem. B. nachmurzył się, właściwie to trochę się obraził i oddalił, żeby przemyśleć tę sprawę. Po jakimś czasie przyszedł do pani M. i oświadczył, że 25 lutego zacznie pisać sam. I jak powiedział, tak zrobił. A oto kartka, którą dostałam od niego na zakończenie roku:



Dobrych wakacji!

sobota, 11 czerwca 2016

zapraszam

Po raz trzeci organizujemy w naszej szkole bardzo miłą, kameralną konferencję, podczas której poruszamy tematy związane z pedagogiką Montessori. A przede wszystkim tematy, które nas poruszają i które chcemy zgłębiać, żeby wciąż na nowo uczyć się jak najlepiej towarzyszyć naszym uczniom. Tym razem tematem przewodnim jest pedagogika inkluzji, czyli włączania.

Będą goście. Goście ze Stanów Zjednoczonych (plon mojej wyprawy) i nasi zaprzyjaźnieni nauczyciele ze szkoły Montessori w Niemczech w Erfurcie.

Bardzo serdecznie zapraszam!
Szczegółowy program i zapisy tutaj:
http://www.ziarnko-maku.pl/kursy1/kursy-aktualne/lam-letnia-akademia-montessori/


niedziela, 5 czerwca 2016

trochę o spaniu w szkole i nauce w domu

Wczoraj: po piątkowym wieczorze poetyckim, po wieczornym berku na przyszkolnej łące, po nocy spędzonej w śpiworze na klasowym dywanie, po nocnych wędrówkach naszych uczniów do łazienki, po przesikanym śpiworze, po dyskusjach z chłopcami o 4 rano (że może by jednak jeszcze położyli się na dwie godziny); stałyśmy z panią M2 na słonecznym szkolnym podwórku. Zmęczone jak po jakiejś imprezie z dawnych lat, ale zadowolone. Rozmawiałyśmy z tatą jednej z uczennic, który stwierdził, że majowe i czerwcowe weekendy są tak intensywne, że on już czeka na poniedziałek, żeby mógł sobie normalnie iść do pracy... Nasza intensywna czerwcowa sobota dopiero co się zaczynała, bo miałyśmy jeszcze przed sobą trzy godziny egzaminowania dzieci z edukacji domowej. Na szczęście pani M. zaprosiła nas do siebie na kawę i truskawki w swoim miłym ogrodzie, co dodało nam sił.
Potem spędziłam trzy godziny z dziećmi, które uczą się w domu i byłam pod dużym wrażeniem. W tym czasie wysłuchałam dwóch koncertów skrzypcowych - zagrali dla mnie ośmiolatkowie. Obaj uczą się grać metodą Suzuki - jeden od 6 lat, a drugi od 4. Nie dość, że grają pięknie, to jeszcze w dodatku chętnie, z entuzjazmem i bez stresu. Oglądnęłam mnóstwo wspaniałych prac plastycznych. Wysłuchałam historii o odwiedzanych muzeach, o koncertach, o wyprawach z tatą na ryby i o przeczytanych książkach. Miałam do czynienia z dziećmi, które nie są znudzone nauką, są ciekawe świata, a przede wszystkim chętnie pokazują swoje dzieła, są z nich dumne i chcą o nich opowiadać.

Nie jest łatwo uczyć dzieci w domu. Z mojego punktu widzenia jest to wręcz heroiczna decyzja. Ale po wczorajszej sobocie, intensywnie spędzonej z tymi dziećmi, na pewno lepiej taką decyzję rozumiem.