sobota, 23 lipca 2016

sześć lat

Sześć lat to niby nie jest żadna okrągła rocznica. Nie wiem czy to dużo, czy mało... Ale jest to czas, w którym moi pierwsi uczniowie zdążyli skończyć podstawówkę. Jest to czas, w którym ja - z bardzo zestresowanej i nieświadomej co mnie czeka, młodej nauczycielki zaraz po studiach - stałam się nieco mniej zestresowaną, bardziej świadomą tego co robi i kochającą swój zawód nauczycielką.

I nie zamieniłabym na nic innego tych sześciu lat z mojego życia. Praca z tymi małymi ludźmi, a może zwłaszcza z ich rodzicami jest trudna. Czasem jest bardzo trudna. Ale ile nowych światów się przed Tobą otwiera! Moja zdolność do słuchania, zdolność obserwacji, kreatywność, inteligencja emocjonalna, cierpliwość, otwartość, wyrozumiałość rozwinęły się w sposób niewyobrażalny, co nie było do końca ode mnie zależne. I mam ochotę iść  w to dalej, i czuję dreszczyk emocji kiedy myślę o mich nowych uczniach i kiedy myślę o tych co już poszli dalej - kim będą w przyszłości; i kiedy opowiadam komuś o swojej pracy to trudno jest mi skończyć.
I bardzo się cieszę z długich wakacji!

A na koniec mała historyjka:

Miałam takiego bardzo poważnego ucznia B., który w tym roku skończył trzecią klasę, czyli musieliśmy się pożegnać. Wspominałyśmy z panią M. jak zaczynał uczyć się pisać pisanymi literami. Umiał już wtedy bardzo dobrze czytać i chciał pisać poważne teksty, a nie ćwiczyć pojedyncze litery, gdyż uważał to za zajęcie uwłaczające... Pisał więc po śladzie teksty, które przepisywałyśmy dla niego z wybranych książek, albo które nam sam podyktował. W którymś momencie pani M. się zbuntowała i powiedziała B., że powinien już zacząć pisać samodzielnie, bo nie mamy tyle czasu, żeby mu przepisywać te teksty i nawet jeśli jego pismo nie będzie idealnie równe, to powinien zmierzyć się z tym tematem. B. nachmurzył się, właściwie to trochę się obraził i oddalił, żeby przemyśleć tę sprawę. Po jakimś czasie przyszedł do pani M. i oświadczył, że 25 lutego zacznie pisać sam. I jak powiedział, tak zrobił. A oto kartka, którą dostałam od niego na zakończenie roku:



Dobrych wakacji!

sobota, 11 czerwca 2016

zapraszam

Po raz trzeci organizujemy w naszej szkole bardzo miłą, kameralną konferencję, podczas której poruszamy tematy związane z pedagogiką Montessori. A przede wszystkim tematy, które nas poruszają i które chcemy zgłębiać, żeby wciąż na nowo uczyć się jak najlepiej towarzyszyć naszym uczniom. Tym razem tematem przewodnim jest pedagogika inkluzji, czyli włączania.

Będą goście. Goście ze Stanów Zjednoczonych (plon mojej wyprawy) i nasi zaprzyjaźnieni nauczyciele ze szkoły Montessori w Niemczech w Erfurcie.

Bardzo serdecznie zapraszam!
Szczegółowy program i zapisy tutaj:
http://www.ziarnko-maku.pl/kursy1/kursy-aktualne/lam-letnia-akademia-montessori/


niedziela, 5 czerwca 2016

trochę o spaniu w szkole i nauce w domu

Wczoraj: po piątkowym wieczorze poetyckim, po wieczornym berku na przyszkolnej łące, po nocy spędzonej w śpiworze na klasowym dywanie, po nocnych wędrówkach naszych uczniów do łazienki, po przesikanym śpiworze, po dyskusjach z chłopcami o 4 rano (że może by jednak jeszcze położyli się na dwie godziny); stałyśmy z panią M2 na słonecznym szkolnym podwórku. Zmęczone jak po jakiejś imprezie z dawnych lat, ale zadowolone. Rozmawiałyśmy z tatą jednej z uczennic, który stwierdził, że majowe i czerwcowe weekendy są tak intensywne, że on już czeka na poniedziałek, żeby mógł sobie normalnie iść do pracy... Nasza intensywna czerwcowa sobota dopiero co się zaczynała, bo miałyśmy jeszcze przed sobą trzy godziny egzaminowania dzieci z edukacji domowej. Na szczęście pani M. zaprosiła nas do siebie na kawę i truskawki w swoim miłym ogrodzie, co dodało nam sił.
Potem spędziłam trzy godziny z dziećmi, które uczą się w domu i byłam pod dużym wrażeniem. W tym czasie wysłuchałam dwóch koncertów skrzypcowych - zagrali dla mnie ośmiolatkowie. Obaj uczą się grać metodą Suzuki - jeden od 6 lat, a drugi od 4. Nie dość, że grają pięknie, to jeszcze w dodatku chętnie, z entuzjazmem i bez stresu. Oglądnęłam mnóstwo wspaniałych prac plastycznych. Wysłuchałam historii o odwiedzanych muzeach, o koncertach, o wyprawach z tatą na ryby i o przeczytanych książkach. Miałam do czynienia z dziećmi, które nie są znudzone nauką, są ciekawe świata, a przede wszystkim chętnie pokazują swoje dzieła, są z nich dumne i chcą o nich opowiadać.

Nie jest łatwo uczyć dzieci w domu. Z mojego punktu widzenia jest to wręcz heroiczna decyzja. Ale po wczorajszej sobocie, intensywnie spędzonej z tymi dziećmi, na pewno lepiej taką decyzję rozumiem. 

czwartek, 26 maja 2016

Witaj złotooku!

źródło: http://plfoto.com/, autor: Tosi

Owad z powyższego zdjęcia zawitał ostatnio do mojego mieszkania i mimo, że widziałam takie owady już niezliczoną ilość razy w moim życiu, to dopiero teraz mogłam przywitać go tym okrzykiem. Okrzykiem: "Witaj złotooku!". Mogłam to zrobić za sprawą tygodnia przyrodniczego, który odbył się w naszej szkole na początku maja, a tematem przewodnim były właśnie owady.

Razem z naszymi uczniami odkrywaliśmy ich niezwykły świat. Zaczęliśmy tydzień prostą, ale pełną treści i humoru prezentacją o owadach, którą przygotowała Pani Od Przyrody. Dzięki tej prezentacji już wiemy, że owadów w żadnym razie nie należy nazywać robalami i że każdy owad ma sześć odnóży, więc pająki oczywiście nie są owadami. Następnego dnia czekały nas kolejne niezwykłe przygody... Na przykład warsztaty zorganizowane przez Pana Od Historii. Opowiedział nam o tym jak w starożytności używano glinianych naczyń wypełnionych pszczołami jako amunicji przy oblężeniu miast. Konstruowaliśmy sami takie pociski - robiliśmy pszczoły z orzechów włoskich i wrzucaliśmy je do glinianych doniczek, które następnie zaklejaliśmy taśmą. Kolejny dzień spędziliśmy we wspaniałym muzeum motyli w Bochni. Jego właściciel to prawdziwy pasjonat - kolekcjoner, któremu nie jest straszna grupa pięćdziesięciu żądnych wiedzy dzieci. Oprowadził nas po swoim królestwie, opowiadając mnóstwo ciekawych historii o motylach i pokazując przeróżne ciekawe okazy. Potem gościliśmy w szkole grupę pszczelarzy, którzy przynieśli do szkoły pszczoły za szybką, małe stroje pszczelarskie w liczbie chyba dwadzieścia (żeby się dzieci mogły poprzebierać) oraz miód i pyłek kwiatowy. A zakończyliśmy w piątek wystawą projektów, nad którymi dzieci pracowały, kiedy akurat nie oglądały pszczół i motyli ani nie degustowały miodu.
Cała akcja bardzo udana! Zainteresowanie owadami wzrosło zarówno u dzieci jak i u nauczycieli. A następnego tygodnia gościliśmy na naszym podwórku bardzo ekskluzywny rój pszczół, który postanowił widocznie przylecieć na podwórko szkoły, w której coś się o owadach wie... I znajomy pszczelarz tym to sposobem się obłowił...














niedziela, 8 maja 2016

ewakuacja z tramwaju

W ostatni piątek - miły i słoneczny - pojechaliśmy z samego rana na drugi koniec Krakowa do Ogrodu Doświadczeń. Wszyscy zdążyli (a zbiórka była o 7.30) i dojechaliśmy na czas. Co prawda na miejscu mieliśmy problemy z kartą płatniczą i z pomyłką w przydzieleniu grup na warsztaty, ale poza tym wszystko udało się wybornie. Ja towarzyszyłam grupie młodszych dzieci. Najpierw mieliśmy krótkie warsztaty geologiczne. Jest tam miejsce gdzie stoi kilka naprawdę dużych skał, naokoło których dzieci mogą stanąć i dotykać ich do woli. Drugoklasista M. z grupy Niedźwiedzi, przytulił się do jednej ze skał i powiedział z rozmarzeniem w głosie: Gdyby on cały był mój...
Potem w przyspieszonym tempie zwiedziliśmy resztę parku, bo niestety nasz przewodnik musiał spieszyć do kolejnej grupy. Ale na koniec była atrakcja specjalna - lody! Nie jest to takie znowu częste wydarzenie dla naszych uczniów, bo zawsze podczas wycieczek szerokim łukiem omijamy sklepiki z pamiątkami i kioski ze słodyczami. Ale tym razem dzień wcześniej specjalna delegacja dzieci powiedziała nam o tych bardzo wyjątkowych lodach, które są tam sprzedawane, no więc były nawet lody.
Lecz, tak naprawdę, największą atrakcją nie były te lody, tylko wykolejony tramwaj, co spotkało nas na sam koniec wycieczki. Jechaliśmy już do szkoły. Cieszyłyśmy się z panią M. tym, że tramwaj jest bezpośredni i w dodatku w miarę pusty. A tutaj około czterech przystanków przed szkołą - stoimy. I stoimy i dalej stoimy... Drzwi się otwierają i trzeba się ewakuować. Miejsce ciekawe (dla tych co się orientują: przy ul. Dietla): z jednej strony płotek przytorowy, z drugiej ściana tramwaju i przed nami około pięć tramwajów, bo nie wykoleił się nasz tylko jakiś z przodu. Tak więc bardzo elegancko, gęsiego przeszliśmy wraz z wszystkimi innymi ludźmi wzdłuż tych pięciu tramwajów i szczęśliwie dotarliśmy na przystanek, z którego jechały już tramwaje w stronę naszej szkoły. Niby mała, zwykła przygoda, ale z ponad czterdziestką dzieci nabiera kolorytu. No i myślę, że oni zapamiętają z tej wycieczki przede wszystkim to przeciskanie się wzdłuż płotu i ciągu tramwajów.

sobota, 23 kwietnia 2016

wiosenne wyprawy

Wiem, że dawno nie pisałam... ale tak to już jest jak się przyjeżdża po pół roku i nagle ma się mnóstwo pracy i wieczorem jest się tak zmęczonym, że ciężko nawet wygospodarować te 15 minut na opowiedzenie  o tej pracy, w której codziennie spotyka mnie coś ciekawego.
W ostatnim czasie wybrałyśmy się z panią M. i naszymi uczniami na dwie wiosenne wyprawy - jedną szarą, lekko mglistą i dżdżystą, a drugą zielono-białą i słoneczną. Miesiąc temu wyruszyliśmy jak prawdziwa ekipa badawcza do pobliskiego lasku, żeby poszukać śladów rozpoczynającej się wiosny. Dzieci były zaopatrzone w aparaty, lupy i lornetki. Podzieliłyśmy ich na grupy i każda grupa miała za zadanie udokumentować fakt, że wiosna nadchodzi. Wszytko naokoło wydawało się raczej szare i smutne. Ale jak się pogrzebało pod liśćmi, popodnosiło kamienie, przyglądnęło dokładnie gałęziom drzew, to można było znaleźć kiełkujące żołędzie, pączki, bazie, a nawet malutkie kokony motyli. Dzieci zrobiły mnóstwo zdjęć, które potem wspólnie oglądaliśmy i omawialiśmy.
A wczoraj - równo miesiąc później - wróciliśmy na to samo miejsce. Zieleń i biel kwitnących drzew eksplodowała zewsząd. Dzieci też eksplodowały. Zjedliśmy śniadanie w terenie, zorganizowałyśmy im może dwie wspólne zabawy, ale widziałyśmy w nich tę pulsującą energię, która bardzo utrudnia słuchanie, stosowanie się do zasad i ustanie w miejscu. Dostali więc czas na zabawę i po prostu biegali po łące i lesie, doświadczając tej wszechogarniającej, słonecznej wiosny.
Wracaliśmy uśmiechnięci i odświeżeni tą wiosenną wyprawą.
A po południu pani H., która ma z dziećmi malarstwo w czasie świetlicy przyniosła mi taki oto dokument, który zamieszczam poniżej (wiem, że musimy popracować nad zmiękczeniami...).



piątek, 18 marca 2016

umiem robić takie rzeczy

Mnie nie było na początku roku, ale Pani M. powiedziała mi, że ten pierwszoklasista w ogóle nie chciał rysować ani kolorować. Twierdził, że nie potrafi.
W zeszłym tygodniu powstało to dzieło, jako rysunek do listu napisanego do jednego z dzieci z amerykańskiej szkoły (rozpoczęliśmy, na razie bardzo powoli, akcję - korespondencja między uczniami... no nie jest to łatwe wyegzekwować list od każdego...). Kiedy pani od angielskiego skomentowała z zachwytem rysunek, ów pierwszoklasista spojrzał na niego z dumą i powiedział: Noo, umiem robić takie rzeczy!