piątek, 2 grudnia 2016

L4 i Jezuici na Kozłówku

Choroba mnie dopadła, mimo że dzielnie przed nią uciekałam i przez chwilę nawet udawałam, że wcale nie jestem chora. Ale mój organizm osiągnął to czego chciał. Chciał wreszcie posiedzieć w domu. Zgodziłam się. Siedzę razem z nim. Dzięki temu mam więcej czasu na przemyślenia. Może nawet powraca nieco entuzjazmu do mojej pracy - jak wiadomo łatwiej wykrzesać z siebie ten entuzjazm, siedząc w domu...
Ale dziś  nie będzie o mojej szkole. Będzie o szkole, którą zwiedziłam w zeszłą sobotę i nadal pozostaję pod jej dużym wrażeniem.
Zacznę od tego, że w październiku rozpoczęłam studia podyplomowe z Organizacji i Zarządzania w Oświacie. Jeszcze nie do końca wiem dokąd mnie ta decyzja zaprowadzi, ale na razie studiuję i mam się z tym dobrze, bo wreszcie mogę siedzieć i słuchać, a nie muszę: organizować, wymyślać, opowiadać, pokrzykiwać, przeliczać, ustawiać w pary i przeliczać jeszcze raz.
W ramach tych właśnie studiów mieliśmy zajęcia z ojcem Pawłem Brożyniakiem Jezuitą, który jest obecnie dyrektorem gimnazjum im. Stanisława Kostki przy ul. Spółdzielców w Krakowie (tzw. Kostka). Ojciec zaprosił nas na  zajęcia do swojej szkoły. Spędziłam tam więc całą ostatnią sobotę.
Jezuici przejęli tę szkołę pięć lat temu, kiedy byłą w stanie całkowitego rozkładu i upadku. Miała być zamknięta. Ojciec Brożyniak podjął się niełatwego zadania uratowania szkoły i to co zdołał z nią zrobić w ciągu pięciu lat naprawdę nie mieści się w głowie. Po pierwsze trzeba wiedzieć, że okolica, w której znajduje się szkoła nie jest okolicą ciekawą, a już na pewno nie prestiżową. Tak zwany Kozłówek jest końcem świata, osiedlem kojarzącym się z zakapturzoną młodzieżą ćmiącą, w najlepszym wypadku, papierosy pod blokiem. Ojciec Brożyniak chciał, aby szkoła której został dyrektorem-menadżerem była nadal szkołą rejonową. Wydaje mi się, że była to kluczowa decyzja, bo dzięki temu nie stworzył elitarnej jezuickiej szkoły "za murem", odgradzającej się od środowiska tylko na to środowisko się otworzył i dał szansę dzieciom z okolicy, żeby mogły chodzić do naprawdę niezwykłej szkoły.
Mieliśmy okazję dokładnie zwiedzić budynek i oczywiście infrastruktura robi wrażenie mimo, że budynek to klasyczny budynek szkolny z lat 70-tych. Korytarze są jasne i czyste, nie obwieszone nadmiarem plakatów, drzwi do sal i gabinetów przeszklone (o. Brożyniak: "Ważna jest przejrzystość! Żeby było widać jak ludzie pracują. Jak ktoś krzyczy, to niech będzie widać, że krzyczy"). W szkole są bardzo profesjonalne pracownie chemiczna i fizyczna, dwie sale językowe, pracownia plastyczna oraz muzyczna ze specjalnym wytłumieniem i zestawem perkusyjnym, świetna w bardzo prosty sposób urządzona stołówka, a na zewnątrz ogród, w którym uczniowie uprawiają własne warzywa (we współpracy z Uniwersytetem Rolniczym). Zachwyciła mnie biblioteka z czytelnią i kuchnia, w której uczniowie mogą piec i gotować. No i jako nauczycielkę zachwycił mnie pokój nauczycielski - dwa przestronne pomieszczenia - jedno do pracy, drugie do relaksu i integracji. Jest też mała sala konferencyjna specjalnie dla dzieci - może w niej obradować samorząd, albo grupa, która zajmuje się jakimś specjalnym projektem. Wszystko to jest piękne, nowoczesne i było bardzo drogie, ale nie miałoby żadnego sensu, gdyby nie szła za tym myśl dyrekcji (drugi dyrektor od spraw nadzoru pedagogicznego - pan Józef Rostworowski). A ta myśl wyraża wielki szacunek do ludzi, z którymi i dla których pracują: do uczniów, ich rodziców, nauczycieli i wszystkich pracowników szkoły. Wiele rozwiązań w tej szkole jest podyktowana właśnie tym szacunkiem - myślą, że: pani woźna też musi się dobrze czuć w szkole i chce mieć sprzęt do sprzątania na każdym piętrze, że nauczyciel chce mieć spokojne miejsce, w którym może sprawdzać testy, że mama któregoś z uczniów chce być pewna, że do  szkolnej szafki jej syna zmieszczą się śniegowce, że uczeń, któremu w domu odcięli ogrzewanie może liczyć w szkole na zupę i kromkę z masłem orzechowym...
Usłyszeliśmy sporo historii. Historii podnoszących na duchu i dodających odwagi. Opowiem jedną. Chyba dwa lata temu grupa uczniów miała pomysł na przedstawienie teatralne. Chcieli, żeby było bardzo profesjonalne i potrzebowali pieniędzy na jego realizację i miejsca, aby je wystawić. W tym mniej-więcej czasie przyjechał jeden z amerykańskich sponsorów, aby zwiedzić szkołę. Podobno ten pan powiedział już wcześniej ojcu Brożyniakowi, że dał mu wystarczającą ilość pieniędzy i na tym kończy się jego dobroczynność, ale chce zobaczyć do czego się dołożył. Po szkole oprowadziła go ta własnie grupa teatralna i za namową dyrektora uczniowie opowiedzieli Amerykaninowi o swoich scenicznych marzeniach. Parę tygodni później nadszedł czek z Ameryki. Pieniędzy wystarczyło na wynajęcie Teatru Słowackiego. Podobno sporo ludzi mówiło ojcu, że to wyrzucanie pieniędzy, bo można by je wydać w lepszy sposób, a wynająć mniej prestiżowy teatr. Ale po oglądnięciu przedstawienia, które było połączone z galą końcoworoczną nikt już tak nie mówił. Wszyscy zgodnie twierdzili, że było to warte każdych pieniędzy, żeby zobaczyć te dzieciaki na scenie Teatru Słowackiego. Tu link do krótkiego filmu z tego wydarzenia: https://www.youtube.com/watch?v=KPed9IGegAk

To dobrego dnia!

sobota, 15 października 2016

chwilowa niedyspozycja...

Nadal jestem nauczycielką, nadal w tej samej szkole, nadal mam cudownych uczniów, którzy na każdym kroku mnie zaskakują, wzruszają albo denerwują, nadal mam wspaniałe koleżanki i kolegów w pracy, nadal uważam, że Maria Montessori była geniuszem i miała niesamowitą intuicję pedagogiczną. Ale chyba jestem zmęczona...
Trochę to niepokojące, zwłaszcza, że jest październik, a nie czerwiec... Ale widocznie nie da się mieć nieprzerwanie tej samej werwy i entuzjazmu w sobie. Tak więc chodzę do pracy i badam każdego dnia mój poziom zaangażowania i wewnętrznego entuzjazmu.
Jak będzie wyższy, to wrócę tutaj z nową energią i nowymi opowieściami.

sobota, 23 lipca 2016

sześć lat

Sześć lat to niby nie jest żadna okrągła rocznica. Nie wiem czy to dużo, czy mało... Ale jest to czas, w którym moi pierwsi uczniowie zdążyli skończyć podstawówkę. Jest to czas, w którym ja - z bardzo zestresowanej i nieświadomej co mnie czeka, młodej nauczycielki zaraz po studiach - stałam się nieco mniej zestresowaną, bardziej świadomą tego co robi i kochającą swój zawód nauczycielką.

I nie zamieniłabym na nic innego tych sześciu lat z mojego życia. Praca z tymi małymi ludźmi, a może zwłaszcza z ich rodzicami jest trudna. Czasem jest bardzo trudna. Ale ile nowych światów się przed Tobą otwiera! Moja zdolność do słuchania, zdolność obserwacji, kreatywność, inteligencja emocjonalna, cierpliwość, otwartość, wyrozumiałość rozwinęły się w sposób niewyobrażalny, co nie było do końca ode mnie zależne. I mam ochotę iść  w to dalej, i czuję dreszczyk emocji kiedy myślę o mich nowych uczniach i kiedy myślę o tych co już poszli dalej - kim będą w przyszłości; i kiedy opowiadam komuś o swojej pracy to trudno jest mi skończyć.
I bardzo się cieszę z długich wakacji!

A na koniec mała historyjka:

Miałam takiego bardzo poważnego ucznia B., który w tym roku skończył trzecią klasę, czyli musieliśmy się pożegnać. Wspominałyśmy z panią M. jak zaczynał uczyć się pisać pisanymi literami. Umiał już wtedy bardzo dobrze czytać i chciał pisać poważne teksty, a nie ćwiczyć pojedyncze litery, gdyż uważał to za zajęcie uwłaczające... Pisał więc po śladzie teksty, które przepisywałyśmy dla niego z wybranych książek, albo które nam sam podyktował. W którymś momencie pani M. się zbuntowała i powiedziała B., że powinien już zacząć pisać samodzielnie, bo nie mamy tyle czasu, żeby mu przepisywać te teksty i nawet jeśli jego pismo nie będzie idealnie równe, to powinien zmierzyć się z tym tematem. B. nachmurzył się, właściwie to trochę się obraził i oddalił, żeby przemyśleć tę sprawę. Po jakimś czasie przyszedł do pani M. i oświadczył, że 25 lutego zacznie pisać sam. I jak powiedział, tak zrobił. A oto kartka, którą dostałam od niego na zakończenie roku:



Dobrych wakacji!

sobota, 11 czerwca 2016

zapraszam

Po raz trzeci organizujemy w naszej szkole bardzo miłą, kameralną konferencję, podczas której poruszamy tematy związane z pedagogiką Montessori. A przede wszystkim tematy, które nas poruszają i które chcemy zgłębiać, żeby wciąż na nowo uczyć się jak najlepiej towarzyszyć naszym uczniom. Tym razem tematem przewodnim jest pedagogika inkluzji, czyli włączania.

Będą goście. Goście ze Stanów Zjednoczonych (plon mojej wyprawy) i nasi zaprzyjaźnieni nauczyciele ze szkoły Montessori w Niemczech w Erfurcie.

Bardzo serdecznie zapraszam!
Szczegółowy program i zapisy tutaj:
http://www.ziarnko-maku.pl/kursy1/kursy-aktualne/lam-letnia-akademia-montessori/


niedziela, 5 czerwca 2016

trochę o spaniu w szkole i nauce w domu

Wczoraj: po piątkowym wieczorze poetyckim, po wieczornym berku na przyszkolnej łące, po nocy spędzonej w śpiworze na klasowym dywanie, po nocnych wędrówkach naszych uczniów do łazienki, po przesikanym śpiworze, po dyskusjach z chłopcami o 4 rano (że może by jednak jeszcze położyli się na dwie godziny); stałyśmy z panią M2 na słonecznym szkolnym podwórku. Zmęczone jak po jakiejś imprezie z dawnych lat, ale zadowolone. Rozmawiałyśmy z tatą jednej z uczennic, który stwierdził, że majowe i czerwcowe weekendy są tak intensywne, że on już czeka na poniedziałek, żeby mógł sobie normalnie iść do pracy... Nasza intensywna czerwcowa sobota dopiero co się zaczynała, bo miałyśmy jeszcze przed sobą trzy godziny egzaminowania dzieci z edukacji domowej. Na szczęście pani M. zaprosiła nas do siebie na kawę i truskawki w swoim miłym ogrodzie, co dodało nam sił.
Potem spędziłam trzy godziny z dziećmi, które uczą się w domu i byłam pod dużym wrażeniem. W tym czasie wysłuchałam dwóch koncertów skrzypcowych - zagrali dla mnie ośmiolatkowie. Obaj uczą się grać metodą Suzuki - jeden od 6 lat, a drugi od 4. Nie dość, że grają pięknie, to jeszcze w dodatku chętnie, z entuzjazmem i bez stresu. Oglądnęłam mnóstwo wspaniałych prac plastycznych. Wysłuchałam historii o odwiedzanych muzeach, o koncertach, o wyprawach z tatą na ryby i o przeczytanych książkach. Miałam do czynienia z dziećmi, które nie są znudzone nauką, są ciekawe świata, a przede wszystkim chętnie pokazują swoje dzieła, są z nich dumne i chcą o nich opowiadać.

Nie jest łatwo uczyć dzieci w domu. Z mojego punktu widzenia jest to wręcz heroiczna decyzja. Ale po wczorajszej sobocie, intensywnie spędzonej z tymi dziećmi, na pewno lepiej taką decyzję rozumiem. 

czwartek, 26 maja 2016

Witaj złotooku!

źródło: http://plfoto.com/, autor: Tosi

Owad z powyższego zdjęcia zawitał ostatnio do mojego mieszkania i mimo, że widziałam takie owady już niezliczoną ilość razy w moim życiu, to dopiero teraz mogłam przywitać go tym okrzykiem. Okrzykiem: "Witaj złotooku!". Mogłam to zrobić za sprawą tygodnia przyrodniczego, który odbył się w naszej szkole na początku maja, a tematem przewodnim były właśnie owady.

Razem z naszymi uczniami odkrywaliśmy ich niezwykły świat. Zaczęliśmy tydzień prostą, ale pełną treści i humoru prezentacją o owadach, którą przygotowała Pani Od Przyrody. Dzięki tej prezentacji już wiemy, że owadów w żadnym razie nie należy nazywać robalami i że każdy owad ma sześć odnóży, więc pająki oczywiście nie są owadami. Następnego dnia czekały nas kolejne niezwykłe przygody... Na przykład warsztaty zorganizowane przez Pana Od Historii. Opowiedział nam o tym jak w starożytności używano glinianych naczyń wypełnionych pszczołami jako amunicji przy oblężeniu miast. Konstruowaliśmy sami takie pociski - robiliśmy pszczoły z orzechów włoskich i wrzucaliśmy je do glinianych doniczek, które następnie zaklejaliśmy taśmą. Kolejny dzień spędziliśmy we wspaniałym muzeum motyli w Bochni. Jego właściciel to prawdziwy pasjonat - kolekcjoner, któremu nie jest straszna grupa pięćdziesięciu żądnych wiedzy dzieci. Oprowadził nas po swoim królestwie, opowiadając mnóstwo ciekawych historii o motylach i pokazując przeróżne ciekawe okazy. Potem gościliśmy w szkole grupę pszczelarzy, którzy przynieśli do szkoły pszczoły za szybką, małe stroje pszczelarskie w liczbie chyba dwadzieścia (żeby się dzieci mogły poprzebierać) oraz miód i pyłek kwiatowy. A zakończyliśmy w piątek wystawą projektów, nad którymi dzieci pracowały, kiedy akurat nie oglądały pszczół i motyli ani nie degustowały miodu.
Cała akcja bardzo udana! Zainteresowanie owadami wzrosło zarówno u dzieci jak i u nauczycieli. A następnego tygodnia gościliśmy na naszym podwórku bardzo ekskluzywny rój pszczół, który postanowił widocznie przylecieć na podwórko szkoły, w której coś się o owadach wie... I znajomy pszczelarz tym to sposobem się obłowił...














niedziela, 8 maja 2016

ewakuacja z tramwaju

W ostatni piątek - miły i słoneczny - pojechaliśmy z samego rana na drugi koniec Krakowa do Ogrodu Doświadczeń. Wszyscy zdążyli (a zbiórka była o 7.30) i dojechaliśmy na czas. Co prawda na miejscu mieliśmy problemy z kartą płatniczą i z pomyłką w przydzieleniu grup na warsztaty, ale poza tym wszystko udało się wybornie. Ja towarzyszyłam grupie młodszych dzieci. Najpierw mieliśmy krótkie warsztaty geologiczne. Jest tam miejsce gdzie stoi kilka naprawdę dużych skał, naokoło których dzieci mogą stanąć i dotykać ich do woli. Drugoklasista M. z grupy Niedźwiedzi, przytulił się do jednej ze skał i powiedział z rozmarzeniem w głosie: Gdyby on cały był mój...
Potem w przyspieszonym tempie zwiedziliśmy resztę parku, bo niestety nasz przewodnik musiał spieszyć do kolejnej grupy. Ale na koniec była atrakcja specjalna - lody! Nie jest to takie znowu częste wydarzenie dla naszych uczniów, bo zawsze podczas wycieczek szerokim łukiem omijamy sklepiki z pamiątkami i kioski ze słodyczami. Ale tym razem dzień wcześniej specjalna delegacja dzieci powiedziała nam o tych bardzo wyjątkowych lodach, które są tam sprzedawane, no więc były nawet lody.
Lecz, tak naprawdę, największą atrakcją nie były te lody, tylko wykolejony tramwaj, co spotkało nas na sam koniec wycieczki. Jechaliśmy już do szkoły. Cieszyłyśmy się z panią M. tym, że tramwaj jest bezpośredni i w dodatku w miarę pusty. A tutaj około czterech przystanków przed szkołą - stoimy. I stoimy i dalej stoimy... Drzwi się otwierają i trzeba się ewakuować. Miejsce ciekawe (dla tych co się orientują: przy ul. Dietla): z jednej strony płotek przytorowy, z drugiej ściana tramwaju i przed nami około pięć tramwajów, bo nie wykoleił się nasz tylko jakiś z przodu. Tak więc bardzo elegancko, gęsiego przeszliśmy wraz z wszystkimi innymi ludźmi wzdłuż tych pięciu tramwajów i szczęśliwie dotarliśmy na przystanek, z którego jechały już tramwaje w stronę naszej szkoły. Niby mała, zwykła przygoda, ale z ponad czterdziestką dzieci nabiera kolorytu. No i myślę, że oni zapamiętają z tej wycieczki przede wszystkim to przeciskanie się wzdłuż płotu i ciągu tramwajów.