niedziela, 14 lutego 2016

od pani M.



Kochana pani M. ciężko pracuje w Krakowie, beze mnie. I powinna chyba prowadzić równoległego bloga. Ostatnio dostałam od Niej cudny list. Jako, że jeszcze nie ma równoległego bloga, to list pojawia się tutaj: 


Dzisiaj przeżyliśmy piękny Dzień Babci i Dziadka!

Bardzo wzrusza mnie ten tłum starszych ludzi, często o bardzo szlachetnych twarzach wpływających do naszej sali i siadających na tych krzesełkach.
Bardzo się martwiłam, że mój pomysł na ten dzień nie wypali, że będzie mało dynamiczny i ciekawy.. ale było bardzo wzruszająco. A pomysł miałam taki:
Dzieci przygotowały opisy Dziadków/ Babć, potem zamieniali się opisami i czytali dzisiaj na głos, a Goście musieli siebie w tych opisach odnaleźć.
A więc było dużo wzruszeń ulubionymi pierogami, rosołami, naleśnikami z sosem malinowym... Byli dziadkowie co zawsze noszą spodnie i buty i Babcie, które chodzą  w piżamach, Dziadek co lubi rysować mi ładnych panów i opowiadać o polowaniach.
Co niezwykłe, że ta nasza mikołajkowa klasa, co często jest poobijana pokazała klasę i kulturę i to ich cudne, niewymuszone przez Panią zaangażowanie... Ach, ach...
Do tego dwie piosenki i poczęstunek i potem pogawędki.

sobota, 6 lutego 2016

party dla każdego

Na samym początku mojego pobytu tutaj zostałam zaproszona przez moją koleżankę na pierwsze urodziny jej siostrzeńca. Siostrzeniec jest siódmym dzieckiem z kolei, ma dużo cioć, wujków i kuzynów, więc ogólnie było bardzo dużo dzieci, dużo dorosłych, dużo jedzenia, słońce, ogród i bardzo sympatyczna atmosfera. Kiedy zbierałam się już do domu, mama jubilata zapytała się, jak mi się tu podoba, a na koniec dodała: Widzisz, my tu w Ameryce mamy cały czas party. Zawsze jest jakaś okazja, żeby świętować. Wtedy jeszcze nie do końca to rozumiałam, ale teraz rozumiem już znacznie lepiej. U nich byłam jeszcze na Halloween party, ale ideę świętowania mogłam prześledzić podczas minionego tygodnia w szkole...
W USA był to tydzień szkół katolickich. I oto jak hucznie go obchodzono w szkole Dobrego Pasterza:

  • Poniedziałek - dzień wdzięczności za Kościół. Każdy uczeń mógł się przebrać za ulubionego świętego.
  • Wtorek - dzień wdzięczności za rodziców. Poranna msza święta, po której wszyscy rodzice zostali zaproszeni na śniadanie przygotowane przez nauczycieli. Każde dziecko mogło napisać do swoich rodziców list, który rodzice dostawali podczas śniadania.
  • Środa - dzień wdzięczności za nauczycieli. Uczniowie mogli przynieść drobne prezenty i listy dla nauczycieli. Śniadanie dla nauczycieli przygotowane przez rodziców. Uczniowie mogli się przebrać za ulubionego bohatera książki/filmu/bajki (nie wiem jak to wiąże się z nauczycielami i wdzięcznością dla nich, ale było zabawnie...).
  • Czwartek - dzień patriotyczny. Uczniowie mogli ubrać się w kolorach flagi amerykańskiej.
  • Piątek - po prostu party. Dzień szalonego nakrycia głowy lub szalonej fryzury (oj, wiele widziałam szalonych fryzur - konstrukcji na rolkach po papierze toaletowym i pustych butelkach plastikowych). Po południu cała szkoła pojechała jeździć na wrotkach w specjalnie do tego przeznaczonym miejscu zwanym "Fun Factory" (tak jak lodowisko, tylko jeździsz na wrotkach).
A w poniedziałek szykuje się pożegnalny lunch dla mnie...

wtorek, 2 lutego 2016

wakacje cały rok

Na każdym dniu otwartym w naszej szkole musimy odpowiadać na bardzo często zadawane przez rodziców pytanie: „co potem?”. Chodzi im o to czy to ich dziecko da sobie radę w zwykłym, tradycyjnym gimnazjum, albo liceum, po szkole Montessori. Jak ono się tam w ogóle odnajdzie i czy się odnajdzie i co my na ten temat myślimy. Ja zwykle mówię im, że najprawdopodobniej ich dziecko będzie się po prostu w tej szkole nudziło lub zamęczy nauczycieli niewygodnymi pytaniami.
A czego chciała Maria Montessori dla dzieci w tym wieku? W bardzo trudnym wieku... To jest czas kiedy się fizycznie przepoczwarzają, kiedy mają wielkie marzenia i ambicje, kiedy marzą o wielkiej przyjaźni, kiedy przeżywają pierwsze miłości, kiedy wydaje im się, że nigdzie nie pasują, kiedy zaczynają się nie zgadzać ze swoimi rodzicami, ale równocześnie potrzebują autorytetów...
Maria Montessori nie zdążyła napisać wiele na ten temat, ale wydaje mi się, że w tym co napisała było bardzo dużo dobrej intuicji. Zwróciła uwagę na to, że dzieci w wieku nastoletnim mają wielką potrzebę bycia w grupie, identyfikowania się z grupą, to co ich głownie interesuje to relacje z rówieśnikami. Poza tym młodzież wyrywa się już do samodzielności, ale cały czas jest na utrzymaniu rodziców i rzadko kiedy ma możliwość zarobienia jakiś pieniędzy, a już na pewno szkoła nie daje im takiej możliwości. To czym się muszą przede wszystkim zajmować dzieci w tym wieku to nauka, nauka i jeszcze raz nauka. Bo programy są przeładowane, egzaminy do liceum albo na studia tuż tuż, rodzice mają ambicje i pokładają nadzieje... no więc trzeba po prostu siedzieć z książką i zakuwać. Tymczasem Montessori twierdziła, że młodzież w tym wieku potrzebuje pracy i to najlepiej fizycznej, która będzie wynagradzana, potrzebuje dorosłych ludzi, którzy mogą być dla nich wzorem, potrzebuje wiedzieć czego się uczy i po co, potrzebuje wspólnoty. Odpowiedzią na te potrzeby był projekt nazwany przez Montessori „Dzieci ziemi” i najogólniej rzecz biorąc chodzi o to żeby wysłać tych gimnazjalistów i licealistów na farmę, gdzie będą mieszkać, pracować i uczyć się i będą razem. Powinni z nimi mieszkać nauczyciele, którzy będą stanowić odpowiedni wzór dla uczniów i kształtować także ich moralność – najlepiej jeśli farmę prowadzi małżeństwo. Uczniowie powinni mieć możliwość zarabiania pieniędzy, Montessori sugerowała sklep z tradycyjnymi wyrobami oraz owocami i warzywami, które uprawiają albo prowadzenie domu gościnnego dla rodziców i innych odwiedzających szkołę-farmę. Wszystko to brzmi dość idyllicznie, a równocześnie wydaje się ekstremalnie trudne do zrealizowania.

A ja właśnie wróciłam z takiego miejsca... Hershey farm leży na wschód od Cleveland. Szkoła działa od 16 lat. Obecnie uczęszcza do niej około 50 uczniów, z czego połowa mieszka na farmie (druga połowa to dzieci z okolicy, które codziennie dojeżdżają do szkoły). Byłam na dniu otwartym, który zaczął się prezentacją pani dyrektor, ale większą część czasu zajęło zwiedzanie farmy, a przewodnikami byli uczniowie. Max (z Florydy) i Lucy (z okolicy – dojeżdża codziennie) byli świetnymi oprowadzającymi – spokojni, pewni siebie, uśmiechnięci i otwarci, chętnie odpowiadali na wszystkie nasze pytania. Widzieliśmy konie (3), krowy (3), świnie (2), kozy (dużo!), kury z kogutem. Byliśmy w bardzo poważnym warsztacie stolarskim, w szklarni, kuchni, jadalni. Zobaczyliśmy w jaki sposób produkuje się syrop klonowy. Widzieliśmy też gdzie śpią uczniowie i jak wygląda wspólny salon. Uczniowie mają na farmie wiele różnych rodzajów pracy do wyboru – zgłaszają się do danej grupy, ale w trzyletnim cyklu zdążą spróbować wszystkiego. Jest praca przy zwierzętach, jest praca w szklarni i w ogrodzie, jest pomoc w kuchni przy posiłkach, praca w warsztacie stolarskim oraz ceramicznym, praca przy pszczołach, produkcja świeczek, syrop klonowy i jest wreszcie zwykłe sprzątanie poszczególnych budynków. Oprócz tego są normalne lekcje. Chociaż całość bardziej kojarzy się z miejscem gdzie spędza się wakacje, a nie przyjeżdża się do szkoły.

w tym budynku śpią uczniowie




przestrzeń wspólna

pokój nauczycielski

wyroby uczniów, które można kupić na miejscu



warsztat

jadalnia

jadalnia na zewnątrz
serwetki - każdy ma swoją w swojej kieszonce

środa, 20 stycznia 2016

medytujący trzylatek

Napadało trochę śniegu, ale nie tak znowu dużo, a tutaj szkoła odwołana. W Polsce raczej nie byłoby na to szans. Korzystam więc z wolnego i białego za oknem dnia i piszę o religijnych odkryciach.

Przyjeżdżając tutaj wiedziałam, że szkoła, z którą się skontaktowałam jest katolicka. Wiedziałam też, że ma bardzo rozwiniętą Katechezę Dobrego Pasterza i bardzo dobrze zorganizowane atrium (specjalne miejsce, w którym odbywają się lekcje religii). Ale nie wiedziałam, że będę miała okazję uczestniczyć w kursie Katechezy Dobrego Pasterza. Jest to metoda nauczania religii, która współistnieje z metodą Montessori. Czerpie z ogromnej skarbnicy wiedzy, którą Maria Montessori zgromadziła na temat dzieci, ich rozwoju i funkcjonowania, a z drugiej strony jest mocno zakorzeniona w Piśmie Świętym i jej celem jest przybliżenie dzieciom Tajemnicy i umożliwienie im nawiązania lub pogłębienia relacji z Bogiem. Jakkolwiek by to górnolotnie i tajemniczo nie brzmiało, jest to prawda. Bardzo charakterystyczną rzeczą dla tego rodzaju katechezy jest to, że jest ona przeznaczona dla dzieci już od 3 roku życia. Sofia Cavaletti – twórczyni tej metody tłumaczy to w bardzo prosty sposób. Od 6 roku życia (wtedy zwykle dzieci rozpoczynają naukę religii w szkole) dzieci zaczynają mieć poczucie sprawiedliwości – moralność opiera się dla nich na zasadach, które są im wpajane: „to jest dobre / to jest złe, to jest sprawiedliwe / to jest niesprawiedliwe”. I nie ma w tym nic złego, tak jest i zasady są potrzebne, a rozwój człowieka przebiega w taki sposób, a nie inny. Jednak jeżeli dziecko w tym momencie życia zacznie się uczyć o Bogu, to bardzo prawdopodobne, że zakoduje mu się w umyśle obraz Boga jako sędziego, jako kogoś kto karze i rozdaje nagrody. Być może już zawsze, albo na długo będzie przekonane, że na miłość Boga musi zasłużyć. Natomiast młodsze dziecko jest całkowicie i bezwarunkowo otwarte na miłość, ono po prostu chce być kochane bez względu na wszystko i czuje, że ta miłość mu się należy. Jak bezpiecznie może się poczuć, kiedy odkryje, że miłość Boga taka właśnie jest – całkowicie za darmo.
Katecheza Dobrego Pasterza na pierwszym etapie (dla dzieci w wieku 3-6 lat) opiera się na Nowym Testamencie – na wydarzeniach z życia Jezusa przed okresem nauczania (zwiastowanie, nawiedzenie św. Elżbiety, Boże Narodzenie, pokłon trzech króli, ofiarowanie w świątyni) oraz na przypowieściach, gdzie centralną przypowieścią jest ta o Dobrym Pasterzu. Wszystkie wydarzenia z życia Jezusa oraz przypowieści są czytane dzieciom bezpośrednio z Pisma Świętego i do każdego wydarzenia oraz przypowieści jest osobny materiał – zwykle są to figurki przedstawiające postaci występujące w danym fragmencie. Po odczytaniu fragmentu i prezentacji materiału jest chwila na dyskusję i medytację danej sceny oraz na pracę własną. Może to dziwnie brzmi, ale te malutkie dzieci są czasem bardziej zdolne do medytacji niż my dorośli. Nauczyciel może zadać kilka pytań dotyczących danej sceny z Biblii. Nie sugeruje odpowiedzi, nie interpretuje. Zostawia dziecko ze Słowem, żeby to Słowo w nim pracowało. Medytacja, kontemplacja – umiejętność, której często dorośli ludzie uczą się na specjalnie zorganizowanych rekolekcjach; umiejętność, za którą tęskni niejeden zakonnik i niejedna zakonnica – tutaj jest podana tym malutkim dzieciom na tacy.
W atrium dzieci mają też oczywiście możliwość ćwiczenia skupienia i koncentracji, bo przecież są one niezbędne, by móc medytować. Dlatego część atrium stanowią materiały do doskonalenia czynności życia codziennego: przelewanie, przesypywanie, wycinanie, szorowanie stolików, układanie kwiatów. Mają też okazję zapoznać się z tym wszystkim co jest związane z liturgią: z kalendarzem liturgicznym, znaczeniem poszczególnych kolorów w ciągu roku liturgicznego oraz z tym wszystkim co widzą w kościele podczas mszy. To był pomysł samej Marii Montessori, żeby stworzyć model ołtarza i wszystkich utensyliów używanych przez księdza, żeby dzieci miały okazję poznać wszystkie nazwy, symbolikę i żeby wiedziały co kiedy i po co jest używane. O ile ciekawiej jest uczestniczyć we mszy świętej, jeżeli się wie co tam się tak naprawdę dzieje i dlaczego.

Piękna, prawdziwie głęboka metoda uczenia dzieci religii. Otwierająca przed nimi i przed nauczycielem niekończącą się perspektywę przyjaźni z samym Bogiem.

Mieliśmy też podczas kursu trochę czasu na robienie materiałów. No i tutaj moja Maryja i święta Elżbieta.

wtorek, 19 stycznia 2016

wyższa szkoła jazdy

Jako, że Cincinnati jest zagłębiem szkół Montessori, to oczywiście znajduje się tu też Montessori high school (gimnazjum i liceum). W dodatku jest to szkoła publiczna. Miałam okazję ją zwiedzić w zeszłym tygodniu. Załapałam się na zwiedzanie szkoły razem z rodzicami i ich dziećmi, które może będą od przyszłego roku chodzić do tej szkoły. Po pierwsze zachwyciła mnie pani, która nas oprowadzała. Uczyła kiedyś w tej szkole, ale jest już na emeryturze i teraz zajmuje się prowadzeniem szkoleń dla nauczycieli (chyba jedyny program szkoleniowy Montessori w USA dla nauczycieli gimnazjalnych i licealnych). Zobaczyłam kobietę pełną entuzjazmu, otwartą, szczerą i żywo zaangażowaną w to co robi. Witała się ciepło i serdecznie ze swoimi byłymi uczniami spotkanymi na korytarzu, z uwagą słuchała pytań rodziców i odpowiadała na nie ze szczerością i prostotą. Na jedno z pytań dotyczące dalszej edukacji – wyniki z egzaminów i tego typu sprawy – odpowiedziała, że oczywiście szkoła przygotowuje uczniów do pójścia na studia, ale tylko wtedy kiedy ci uczniowie rzeczywiście tego chcą; głównym zadaniem szkoły jest przygotowanie dzieci do życia, a nie do tego, żeby dostały się na studia. Oczywiście tym podbiła moje serce.
Trudno wyrobić sobie zdanie na temat szkoły jeśli było się tam tylko dwie godziny – przeszło się przez stołówkę, salę gimnastyczną (wspaniałą!) i kilka sal lekcyjnych... Ale wyczułam tam dobrą atmosferę, energię płynącą chyba od wspólnoty. Widać starania nauczycieli, widać, że szukają najlepszych rozwiązań, że są otwarci na zmiany, że starają się odpowiedzieć na potrzeby każdego ucznia... A trzeba wiedzieć, że uczniów jest w szkole około siedmiuset z różnych środowisk (szkoła jest publiczna więc uczniowie z rejonu muszą być przyjęci).
Sale są bardzo pomysłowo i przytulnie zaprojektowane – nie trzeba koniecznie siedzieć w jednej ławce, zawsze tej samej, można na podłodze, na pufie. Lekcje odbywają się zwykle na podłodze – nauczyciele mają specjalny niski stół wokół którego zbierają się uczniowie. Jest dzwonek sygnalizujący konieczność przejścia z jednej sali do drugiej (uczniowie w liceum oprócz pracy własnej mają też tradycyjne jednostki lekcyjne), ale jest on bardzo delikatny. Byłam też miło zaskoczona kulturalnym i cichym zachowaniem uczniów na korytarzu. Poza tym weszliśmy na próbę zespołu perkusyjnego – gdy widzę takie projekty, to moje serce zawsze bije szybciej i bezwiednie się uśmiecham i mogłabym już zostać w tej sali z bębniącą młodzieżą. Ujęła mnie jeszcze jedna rzecz – w oprowadzaniu uczestniczyła dwójka obecnych uczniów szkoły. Z chęcią opowiedzieli o szkole i odpowiadali na wszystkie pytania. Wydawało się, że jest to dla nich coś naturalnego, a nie wyuczona lekcja.

Nie wiem jaka jest codzienność. Mogę podejrzewać, że mają wszelkie problemy jakie każda duża, publiczna szkoła ma. Ale doceniam i podziwiam nauczycieli za pracę, którą tam włożyli, którą widać nawet przy dwugodzinnej wizycie. Doceniam za stworzenie specjalnego programu 9co wymagało zapewne przekopania się przez sterty papierów), za dostosowanie budynku, za pochylanie się nad każdym uczniem z osobna, za poszukiwanie najlepszych rozwiązań metodą prób i błędów. No i na dziś to by było tyle. Jeszcze link do ich strony: 
http://clark.cps-k12.org/

wtorek, 12 stycznia 2016

lepiej niż na własnym pogrzebie

Czy wyobrażaliście sobie kiedyś własny pogrzeb? Nie tak jakoś ze szczegółami... Ale ile będzie ludzi, i że będą mówić o was miłe rzeczy i wszystkim będzie przykro, że was nie ma... Ja, muszę się przyznać, że zdarzyło mi się to kiedyś. A tutaj się okazało, że wystarczy wyjechać na parę miesięcy do Ameryki i można na własnej skórze, jeszcze w tym życiu doświadczyć tego, że za tobą tęsknią i mówią o tobie miłe rzeczy. Naszły mnie te refleksje, bo wczoraj wieczorem dostałam wielką kopertę od mojej kochanej klasy Orłów (w mojej szkole klasy mają nazwy zwierząt). Spędziłam przemiły wieczór, otwierając i czytając listy i liściki. Zacytuję na przykład list K.: Kochana pani Jadwigo (przyozdobione odpowiednią ilością serc) wszystkie Orły (przyozdobione odpowiednią ilością orłów) za paniom tęskniom ale pierwszoklasiści trochę nie wiedzom oco hodzi.
Była też koperta pełna niespodzianek – pytania oraz ważne informacje z życia klasy, wszystko w reporterskim skrócie:
W jakim stanie?
Ile przyjaciół? 100?
Jaka cywilizacja?
Jak się czuje pani?

Mamy nowe dywany.
Oliwka (drzewko w naszej klasie) ma nowe zielone dzieci. Hura!
Ala jest w trzeciej klasie.
W szkole był włam.

I jeszcze piękny plakat z bardzo starannie odrobionym wieńcem świątecznym od całej klasy. I jeszcze rysunki różnych zwierząt – zwierzęta są w całości, ale podpisane: Głowy zwierząt. I jeszcze kilka przeuroczych liścików, rysunków i karta pracy z dodawaniem w zakresie 10. No i jako wisienka na torcie, oczywiście, wzruszający list od pani M. I jak tu nie wracać?



piątek, 8 stycznia 2016

tata strażak, mama policjantka

Było dużo wolnego, dużo świętowania. Inaczej niż w domu, ale też dobrze i pięknie. Teraz powrót do tutejszej rutyny, ale wydaje mi się, że to już na bardzo krótko i zaraz będę powracać do mojej polskiej rutyny.
Wczoraj dzieci miały spotkanie ze strażakiem i policjantką. Tak się szczęśliwie złożyło, ze ci państwo są małżeństwem i mają synów w tej szkole. Przeprowadzili bardzo profesjonalną i szalenie ciekawą lekcję. Pan strażak ubrał swoje profesjonalne buty, spodnie, kurtkę i hełm. Pokazał jak się czołga i wyjął wszystkie narzędzia pochowane w kieszeniach (było ich naprawdę dużo). Pani policjantka mówiła przede wszystkim o nieotwieraniu drzwi i co zrobić jak się zgubisz. Ale i tak najbardziej atrakcyjne było to, że można było usiąść w policyjnym samochodzie – zarówno na miejscu kierowcy, jak i aresztowanego.
Wspominam wszystkie ciekawe spotkania, które mieliśmy w naszej szkole w Krakowie – z tych bardziej charakterystycznych: nurek, GOPRowiec, geolog. Zwykle są to spotkania zaaranżowane przez rodziców, a jeszcze lepiej, kiedy to rodzice wykonują dany zawód, o którym chcą opowiedzieć.

Bardzo potrzebujemy takich pomocnych rodziców. Rodziców, którzy wiedzą na co warto zobaczyć w teatrze, mają przyjaciół w orkiestrze w filharmonii albo w ogrodzie botanicznym, albo przyniosą pączki w tłusty czwartek, gałęzie na wieniec adwentowy, będą akompaniować na wieczorze kolędowym, upieką ciasto na Dzień Babci i Dziadka. Potrzebujemy rodziców, którzy tworzą razem z nami bezpieczną i fascynującą przestrzeń (w sensie dosłownym i przenośnym) dla ich dzieci.